Życie po skoku
Najlepszy wiek od 14-stu do 24 lat, wtedy nie myśli się o przyszłości, o tym, co
będzie za jakiś czas, ważne jest "Tu i teraz". Zabawa, różne (najczęściej głupie)
pomysły, brak wyobraźni, tak było i ze To było wyjątkowo gorące lato, niedziela,16 sierpień
roku 1998, dzień po moich 21 urodzinach, które były naprawdę wyjątkowo nieudane i bardzo
nietrzeźwe. Obchodziłem je na nieszczęście w Łodzi, na giełdzie warzywnej z przyjacielem,
młodszym bratem Jarkiem i kilkoma znajomymi z giełdy. Prawdziwa impreza miała się odbyć w
niedzielę wieczorem..................... Niestety solenizant nie dotarł, trafiłem za to wprost
w objęcia świata, o którym nigdy nie słyszałem, którego nie znałem
..do piekła. Po powrocie z
giełdy, choć zmęczony i niewyspany, w pośpiechu pojechałem do swojej dziewczyny. Po drodze
zabrałem przyjaciela, z którym byłem na giełdzie. Postanowiliśmy całą paczką pojechać nad wodę,
było bardzo gorąco. W niecałą godzinę byliśmy na miejscu, i jakaś niewiarygodna siła
przyciągała mnie do wody, jak nigdy wcześniej śpieszyłem się żeby oddać skok- teraz jak o tym
myślę to nie mogę w to uwierzyć, dlaczego właśnie tak się zachowałem, dlaczego robiłem to w
takim pośpiechu, tym bardziej, że wiedziałem jak płytka jest woda
.. W takim momencie nie
trudno jest uwierzyć, że to przeznaczenie, tak miało być, bo nie mam innego wytłumaczenia na
swoje zachowanie. Z nieba do piekła... To była chwila
.. w czasie skoku poczułem bardzo lekko
uderzenie, nie czułem bólu, otworzyłem oczy i zobaczyłem bezwładnie zwisające ręce i nie
rozumiałem dlaczego nie mogę nimi poruszać. Potwornie przerażony w myślach krzyczałem -
"Ratunku nie mogę się poruszać"- każda sekunda była coraz trudniejsza, brak
powietrza, wzrok coraz słabszy aż po chwili nagle zgasł
Ostatnia myśl??? Pamiętam ją bardzo
dobrze, pytałem Boga- "Boże czy to już koniec? W taki sposób mam odejść z tego
świata?" Zapadła ciemność, po krótkiej chwili poczułem coś, nie znam słów by to poprawnie
opisać, czułem jak z ogromną prędkością jak pocisk nie wiem gdzie i w jaki sposób to wszystko
się działo, ale to nie było ważne widziałem siebie, byłem takim malutkim płomykiem ( punkcikiem
wielkości pinezki) bardzo jasnym, wiedziałem tylko tyle ze to na pewno ja. Wokół siebie czułem
coś pięknego, jakby otoczony potężną miłością, i choć nie widziałem nikogo to czułem obecność
kogoś jeszcze, kogoś, kto nie pozwoli zrobić mi nic złego, ufałem bezgranicznie temu uczuciu
miłości i pewności bezpieczeństwa... Bardzo chciałbym poczuć to wszystko jeszcze raz, dlatego
teraz łatwiej znoszę ból i to trochę trudniejsze życie, bo mam pewność, że ktoś tam na mnie
czeka i nie będę samotny.
Pierwsze przebłyski, jakieś obrazy, odgłosy wszystko to było rozmazane, nieczyste głosy, twarz
kolegi, którego z ledwością rozpoznałem
..I znów zapadła ciemność, słyszałem gdzieś w oddali
sygnał karetki, był coraz głośniejszy i doprowadzał mnie do szału, do chwili, kiedy nagle
wszystko ucichło
nie wiem, co działo się przez kilka tygodni. Byłem nieprzytomny i spędziłem
na intensywnej terapii ponad dwa miesiące, prawie ich nie pamiętam, z tego, co wiem od rodziców
i lekarzy to był czas walki o moje życie. Kiedy otworzyłem oczy nie mogłem pozbierać myśli, nie
było przy mnie nikogo ,ja sam podłączony do mnóstwa rurek ,przewodów , kabli, kroplówek.
Chciałem uciec stamtąd jak najszybciej, lecz nie mogłem nawet odrobinę poruszyć głową, nie
czułem nóg ani rąk, w myślach krzyczałem z całych sił "Boże, co się dzieje?! Pomóż mi
wstać i uciec stąd... Błagam!"
Pamiętam sytuację, kiedy odzyskałem przytomność, uparta mucha usiadła mi na twarzy, jak ona mi
uprzykrzała każdą chwilę, wchodziła mi wszędzie, Do ucha, do nosa, nawet do ust i było ich
coraz więcej i więcej, a ja nie mogłem się od nich opędzić, każda z rąk ważyła tonę, nie mogłem
poprosić o pomoc byłem podłączony do respiratora i nie mogłem wydobyć słowa. Ale to nie muchy
były koszmarem, tylko to, co powoli do mnie docierało, że nie mogę wstać, wyjść do toalety ani
nawet się poruszyć. Każda chwila przytomności i rozumienia tego, co się stało przerażała mnie
mocniej i mocniej, nie pamiętam, kiedy przestałem płakać, nie wiem skąd i nie wiem gdzie było
źródełko łez, które płynęły w nieskończoność. Miny lekarzy, pielęgniarek, łzy rodziców,
bliskich mówiły wszystko. Bezradny i przegrany patrzyłem na to wszystko... Chciałem zamknąć
oczy i zasnąć na zawsze, ale nic z tego, za każdym razem, kiedy je otwierałem było coraz
gorzej. Oprócz bólu psychicznego doszedł ten prawdziwy, najgorszy, jaki tylko w życiu miałem
ból głowy, był nie do zniesienia, doprowadzał mnie do histerii, był bezlitosny, lekarze
natychmiast przeprowadzili badanie tomograficzne na szczęście wszystko było w porządku, a ten
ból był spowodowany wyciągiem usztywnienia kręgosłupa. Każdy dzień przynosił nowe problemy i
kłopoty, najpierw usłyszałem, że musze pozostać z rurką tracheotomijną (to miało trwać krótko i
niestety trwa do dziś), dzień w dzień wysoka gorączka i to, co jak się później okazało było
najgorsze, odleżyny. Nie miałem pojęcia, o czym oni mówią?!, Jakie odleżyny? I co to w ogóle
jest?!. Zaczęły się od pięt a później były wszędzie, na łydkach, na biodrach, największa na
kości ogonowej i nawet z tyłu głowy, byłem bez przerwy przekręcany na boki, co pół godziny.
Boże jak to wszystko wtedy bolało a one były coraz gorsze, większe i głębsze. Mam do dziś
zaburzony zmysł powonienia, ale mimo to zacząłem wokół siebie czuć dziwny nieprzyjemny zapach,
w końcu szeptem spytałem kogoś ( nie wiem, kto t o był) skąd ten okropny zapach? Usłyszałem bez
ogródek, że to zapach moich odleżyn... Załamałem się pragnąłem umrzeć natychmiast, modliłem się
o to do Boga bez przerwy, kiedy nie spałem prosiłem Go o to by pozwolił mi odejść, przestałem
się odzywać do wszystkich, rodziny, lekarzy, zamknąłem się w swoim świecie i przestałem
reagować nawet na ból, uznałem wtedy, że to jedyne rozwiązanie nie robić nic, nie walczyć i
czekać z nadzieją na dzień wybawienia. Rodzice i rodzeństwo również przeżywali to bardzo
boleśnie, widziałem ich łzy, płacz mamy, nawet taty, takiego twardziela, jednak i z jego oczu
płynęły łzy, których nigdy wcześniej nie widziałem. Mijały kolejne dni i od czasu do czasu
zacząłem się uśmiechać i rozmawiać. Po blisko trzech miesiącach pobytu na oddziale intensywnej
terapii zostałem przewieziony do osobnego szpitala na oddział rehabilitacyjny. Okres buntu
To miał być najważniejszy okres, w którym stawką była moja sprawność w dalszym życiu, ale dla
mnie to nie miało znaczenia, mimo rozmów z psychologiem, psychiatrą ( olewałem ich totalnie)
nic do mnie nie trafiało, moim głównym celem było robienie wszystkiego na przekór. Najbardziej
okrutny byłem dla swojej rodziny, za każdym razem sprawiałem im ( świadomie wtedy) przykrość,
skupiłem na nich całą swoją złość i obarczyłem winą za to, co mnie spotkało, chciałem znaleźć
winnego i rodzice byli celem najwygodniejszym i łatwym, ( byłem głupi i tyle).Po okresie, kiedy
wszystko było na NIE i kiedy zacząłem myśleć, że to wszystko do niczego dobrego nie prowadzi, a
odleżyny były coraz większe i coraz mocniej było ich czuć. Choć lekarze skrzętnie ukrywali
swoją bezradność w ich leczeniu to widziałem to wszystko to szukanie pomysłów jak ich wyleczyć.
Każdego dnia coś z nich wycinali jakąś martwice cokolwiek to było, a ja nadal walczyłem ze
wszystkim na złość nie wiem, komu, nie chciałem jeść, pić chciałem się zagłodzić... Mijały
kolejnych dni a w głowie narodził się szalony pomysł, pomyślałem, że jak zacznę ćwiczyć, jeść,
ze jak nabiorę sił i będę mógł usiąść na wózku to łatwiej będzie mi odebrać sobie życie, bo
pomysł z nie jedzeniem nie wypalił. Od tego momentu zmieniło się wszystko, na porannym
obchodzie powiedziałem, że chcę zacząć ćwiczyć i poprosiłem o pionizacje to najlepsza droga by
niedługo usiąść na wózku, nie kryli zdziwienia, a ja byłem zdeterminowany, miałem cel i pomysł,
który był kretyński, ale wtedy myślałem tylko o tym i nie mogłem znieść tego ze koledzy,
rodzina przyjeżdżają do mnie, siedzą rozmawiają i później odchodzą a ja nie mogę iść razem z
nimi, to i wiele innych powodów zdecydowało, że pragnąłem tej chwili, w której usiądę na wózek
i ubzdurałem sobie, że podjadę na nim po koła jakiegoś auta. Zacząłem ćwiczyć jak szalony,
wszyscy lekarze, rodzina nie mogli w to uwierzyć w moją przemianę, cztery miesiące nic mnie nie
interesowało i nagle taka determinacja, ( nie mieli pojęcia, dlaczego zacząłem robić to
wszystko). Z początku nikt nie pytał, dlaczego nagle zacząłem pracować nad sobą, ale w końcu
padło mnóstwo takich pytań, dlaczego nagle, czemu nie wcześniej itd. Nie pamiętam, co
odpowiadałem, ale na pewno kłamałem.
Od dnia, kiedy zacząłem ćwiczyć na rezultaty nie trzeba było długo czekać, poprawa sprawności
była widoczna każdego dnia. Coraz więcej czynności zacząłem robić sam i zaczęło mi się to
bardzo podobać, mogłem coraz pewniej poruszać rękoma, głową, w końcu zdjęli mi kołnierz z szyi,
to była ulga. Z dnia na dzień chciałem ćwiczyć więcej i więcej, poprosiłem lekarzy o dodatkową
rehabilitację i zgodzili się bez wahania. To naprawdę działało byłem coraz silniejszy i
sprawniejszy ( stabilny coraz bardziej), a po miesiącu ostrej rehabilitacji chciałem usiąść na
wózek. I stało się posadzili mnie, siedziałem krótko, ale zawsze coś, i mój szalony plan był na
dobrej drodze, bo myślałem tylko o tym bez przerwy i każdej nocy układałem scenariusze... Byłem
psychicznie pokonany przez wszystko, to był szok, który trwał i trwał, i jeszcze to cholerne
odsysanie, przez całe życie nie wy młotowałem tyle razy, co przez tych kilka miesięcy przy
odsysaniu... Za każdym razem, kiedy włączana była ta maszyna już było mi niedobrze eechh. Z
czasem do tego przywykłem i było znośnie. Ćwiczenia szły pełną parą i nie wiem skąd i dlaczego
nagle pojawiły się poty, czasem zmienianą miałem koszulkę kilka razy dziennie do tego zaczęły
mi wychodzić włosy z głowy były wszędzie. Mimo to ćwiczyłem uparcie z całych sił, a odleżyny
zaczęły goić się błyskawicznie, rodzice kupili mi materac przeciwko odleżynowy i specjalne
plastry na nie, były bardzo skuteczne. Z tygodnia na tydzień siedziałem coraz dłużej na wózku
nawet zacząłem poruszać się samodzielnie po kilka metrów i czułem z tego powodu wielką radość,
to dziwne, ale byłem dumny sam z siebie. Którejś nocy zacząłem zastanawiać się nad tym czy może
jednak spróbować i zobaczyć jak to wszystko się ułoży. Miałem mętlik w głowie, bo coraz więcej
było chwil, które mnie cieszyły i coraz mniej podobał mi się pomysł z odebraniem sobie życia.
Byłem taki szczęśliwy jak po kilku miesiącach udało mi się samemu zjeść jabłko, cieszyłem się
jak dziecko z lizaka czy zabawki, mówiłem wszystkim, dookoła że sam go zjadłem. Pomyślałem, że
skoro poradziłem sobie z jabłkiem to spróbuje z obiadem, kanapkami i było coraz lepiej i
łatwiej. Nie byłem jednak jeszcze wtedy świadomy tego, że już prawdopodobnie nigdy nie będę
chodził, tworzyłem sobie w głowie swój mały świat, u380?e wyzdrowieje wcześniej czy później
byłem przekonany, co do tego ( wtedy). Po jakimś czasie zacząłem się irytować i tracić
cierpliwość, bo stałem w miejscu, żadnych postępów w czuciu nóg, rąk to mnie chwilami
doprowadzało do szału. W mojej głowie była jedna wielka wojna, w każdą noc płacz i krzyk
rozpaczy z pretensjami do Boga... Dlaczego ja
?! Brakowało mi odwagi żeby zapytać lekarzy czy
będę jeszcze chodził... Bałem się tego, co mógłbym usłyszeć. Nadszedł w końcu dzień i
zapytałem: kiedy zacznę wreszcie chodzić?... Widziałem to zakłopotanie moim pytaniem i z ust
lekarzy nie patrząc mi w oczy posypały się wymijające odpowiedzi żebym teraz o tym nie myślał
tylko ćwiczył intensywnie a efekty będą na pewno, ale ja cierpliwy nie byłem i wściekałem się
na maxa każdego dnia ze wciąż leżę w łóżku. Mój zapał do pracy był coraz słabszy a pewnego dnia
zgasł całkowicie a stało się to przez absurdalne posuniecie jednej lekarki.
Przyszła do mnie i zapytała czy chciałbym poznać dwóch chłopaków po identycznym wypadku czyli
po skoku, zgodziłem się bez wahania, nawet bardzo się cieszyłem z tego powodu, bo pomyślałem
wtedy, że zobaczę jak oni chodzą czy o kulach czy normalnie. To co zobaczyłem... omal nie
dostałem zawału. (Nigdy wcześniej nic mnie tak nie przeraziło jak ich widok). Nie mogłem
wydusić słowa serce waliło mi jak młot miałem uczucie, że każdy słyszy ten łomot . Przywitali
się bardzo grzecznie, z uśmiechem, mieli na imię Krzysztof i Marek, a ja robiłem wszystko, żeby
nie dać po sobie poznać jak bardzo mi źle a moje oczy topiły się w łzach, chciałem bardzo żeby
sobie pojechali i nigdy więcej nie przyjeżdżali. Niestety mijały godziny oni wciąż byli i
pytali mnie o rzeczy, o których nigdy nie słyszałem np. po ilu czopkach się wypróżniam i co ile
dni, pytali o to bez krępowania a ja już nie mogłem tego słuchać, byłem zawstydzony każdym
pytaniem a dla nich to były normalne tematy i tak lekko o tym mówili. Ja w tym czasie myślałem
tylko o jednym, żeby dorwać tę lekarkę, która ich do mnie sprowadziła, w tej jednej chwili ją
znienawidziłem bo ich widok odebrał mi resztki zapału i nadziei, te ich ręce i palce pokurczone
ten widok był koszmarny, a na koniec wbili mi nóż prosto w se rce mówią, że jeden miał wypadek
5 lat temu a drugi 7 to mnie zabiło. I znów zamknąłem się w świecie własnych myśli, przestałem
jeść, pić o ćwiczeniach nie wspomnę, po trzech dniach podłączyli mi kroplówki bo nic nie jadłem
i nie piłem. W mojej głowie panował chaos byłem zagubiony, zawiedziony i zrezygnowany, bo po co
mam tak harować skoro i tak nie będę mógł chodzić, a innego życia nie chciałem znać. Na nowo
zaczynały się odleżyny i do tego po wizycie laryngologa dowiedziałem się ze mam zarośnięta
tchawicę i rurka musi zostać na stałe, pomyślałem wtedy ~`Boże za co Ty mnie tak karzesz~`? co
zrobiłem, że tak mnie traktujesz, na próżno mogłem szukać w głowie odpowiedzi, koszmar zaczynał
się na nowo. Po tak im okresie zawziętości i postanowieniach, że dam z siebie wszystko,
przyszedł okres w którym zaprzepaściłem wszystko co osiągnąłem i to przez głupią sprawę, bo
wtedy to nie był odpowiedni moment na odwiedziny tych kolegów, z którymi do dziś się
przyjaźnię, są super!. To był dla mnie szok a w głowie krążyły mi głosy które krzyczały: Po co
masz ćwiczyć! po co walczyć i tak nie wstaniesz z tego wózka! Byłem zagubiony i psychicznie
zmasakrowany, nie wiedziałem co robić co myśleć i kogo słuchać, czułem się przegrany pozbawiony
resztek nadziei i cholernie samotny...
Po okresie beznadziei, frustracji, po niepotrzebnym wpędzeniu się w nowe odleżyny a i przez
swoją głupotę, że nie chciałem ćwiczyć, dorobiłem się infekcji d róg moczowych i zarąbistej
gorączki, jednym słowem dostałem, co chciałem...I dobrze się stało, że popadłem w tę infekcję i
gorączkę, bo moje szare komórki zaczęły wreszcie myśleć, bo moje motto brzmiało ~ gorzej już
być nie może ~ a jednak ta gorączka, potop potu zalewał mnie nieustannie, raz były dreszcze a
raz ściągnąłbym z siebie skórę z gorąca i przy tym kompletny brak sił. Pomyślałem wtedy i
przypomniałem sobie moje modlitwy każdej nocy do Boga, w których prosiłem go by pozwolił mi
odejść...bo nie dam rady tak żyć. I znów sam siebie zaskoczyłem, bo przecież jeszcze całkiem
niedawno siedziałem na wózku nawet zaczynałem sam jeść i pamiętam jak bardzo mnie to cieszyło.
Postanowiłem na nowo przedyskutować 263? z Bogiem, co dalej robić On słuchał a ja gadałem, i
pewnie się zdziwił jak usłyszał słowa ~ daj mi siłę, umocnij w wierze i spraw by w moim sercu
zrodziło się małe źródełko nadziei, chce walczyć! I odwołuje prośbę o szybkie odejście z tego
świata ~. Po tej szczerej rozmowie ranek był jakiś inny, nie martwiły mnie odleżyny ani
gorączka, wiedziałem, że za chwile ich nie będzie i tak też się stało. Ćwiczenia szły pełną
parą każdego dnia było lepiej i lepiej, a na mojej twarzy było coraz więcej uśmiechu, to
niesamowite, ale prawdziwe, cieszyły mnie najdrobniejsze rzeczy i to takie, których nigdy
wcześniej nie zauważałem a teraz przynosiły mi wielką radość. Te drobne czynności jak to, że
samemu udawać 322?o mi się włączyć dzwonek no cieszyło mnie to tak, że czasem pielęgniarka
przyszła a ja nie mogłem opanować swojej radości, i te pielęgniarki heh, no były słodkie
wzruszały się tą moją radością, widziałem to w ich uśmiechniętych oczach. Było coraz fajniej,
poznawałem ciekawych ludzi i byłem coraz silniejszy i sprawniejszy. Zacząłem samodzielnie
poruszać się na wózku. Było mnie wszędzie pełno, i było naprawdę super. Jednak każda noc
przerażała mnie najbardziej i w każdą z nich ocierałem łzy, pielęgniarki i pacjenci obok
słyszeli jak popłakuje co noc, nie umiałem uwolnić się od tego smutku i nie mogłem pogodzić się
ze swoim losem. Kiedy jednak wstawał nowy dzień nie mogłem doczekać się ćwiczeń, to cieszyło
mnie najbardziej, chciałem tego wtedy najbardziej na świecie, chciałem być sprawniejszy i mniej
zależny od innych. To pchało mnie do ćwiczeń.
Mijały dni, tygodnie i radziłem sobie coraz lepiej, już nie pozwoliłem się karmić sam jadłem każdy posiłek niezdarnie, ale sam. Zbliżał się rok mojego pobytu na rehabilitacji i zbliżał się czas mojego wypisu ze szpitala, ale ja się nad tym nie zastanawiałem, co będzie dalej ze mną, byłem pewny jednego, zresztą to było dla mnie oczywiste ze wrócę do mojego kochanego domu, Boże jak ja za nim tęskniłem za każdą ścianą, krzesłem i moim psem Aresem, chodził ze mną wszędzie, to wierna i kochana bestia była.
Wracając do zbliżającego się wypisu mnie z rehabilitacji, heh trudno mi o tym pisać, bo nigdy nie zapomnę tych słów, że nie wrócę do domu... Gdy to usłyszałem cos w mnie umarło... Poczułem się tak jak wtedy po skoku, słyszałem głosy ktoś cos do mnie mówił...Nic nie rozumiałem i nie widziałem, czułem jedynie jak łzy wypełniły moje oczy i płynęły nieskończenie... Czułem się opuszczony, niepotrzebny...To miała być wielka radość mój powrót do domu, ja tak bardzo chciałem tam wrócić. Każdego dnia marzyłem jak to będzie, co będę robił, co chciałbym robić i te moje plany marzenia zostały odebrane, wyrwane z serca i spalone. Chciałem krzyczeć i pytać wszystkich, dlaczego! Dlaczego nie mogę wrócić do mojego domu, co ja takiego zrobiłem czy jeszcze za mało oberwałem od losu i teraz chce mnie dobić? Nie mogłem poradzić sobie z tym wszystkim czułem wtedy jak nigdy wcześniej wielką pustkę i potworny ból serca. Od tej pory nie byłem sobą czekałem tylko aż zapadnie noc i będę mógł przytulić się do mojego jasieczka (mam go do dziś to mój przyjaciel zawsze mnie wysłuchał i był przy mnie i jest nadal), wypłakać i wyżalić, wiem, że to głupie, ale ten jasiek jest dla mnie czymś ważnym, nawet jak mi spadnie z łóżka to mam wyzuty i go przepraszam, heh wiem jestem świrnięty, ale trudno, on przeszedł ze mną to całe piekło i dlatego tak go lubię. Ciągle, każdej nocy pytałem Boga i sam siebie, co ze mną będzie? Kto mi pomoże? Kto się mną zajmie i przygarnie mnie do siebie?
Na początku miałem żal do rodziny, że nie mogę mieszkać z nimi, było mi smutno, bo wiem, że bardzo mnie kochają i chcieliby mnie zabrać i zrozumiałem, że nie ma warunków bym mógł mieszkać w swoim domku. Próbowałem ukryć swój strach i być twardym do chwili, gdy wieczorem zgasło światło w mojej sali, czułem wtedy taką ulgę jak dałem upust łzom, było mi lżej. Bałem się każdego dnia mocniej, bo ordynator naciskał każdego dnia na mój wypis, a propos tego ordynatora to pijawka jak ich mało wyssał konta rodziców do ostatniego grosza, każdy tydzień mojego pobytu był coraz droższy, rodzice próbowali nawet sprzedawać prywatne pamiątki takie jak monety z wizerunkiem naszego Papieża, to było dla nich trudne, ale dla nich najważniejszy byłem ja.
Od momentu, kiedy dowiedziałem się, że nie wrócę do domu, każdy dzień był smutniejszy od poprzedniego, nic nie miało dla mnie znaczenia, nie cieszyło i nie interesowało mnie kompletnie nic. Nie robiłem żadnych buntów ani awantur z nikim. Robiłem wszystko, co chcieli lekarze, rodzina i cały personel. Ćwiczyłem każdego dnia bez protestów czy wykrętów a moje oczy były puste, bez duszy i życia byłem nie obecny, nie zależało mi już gdzie trafie i jak to dalej będzie, czekałem w spokoju na kolejny wyrok od życia. Jednego dnia mówili coś o hospicjum innego o domu pomocy społecznej, nie miałem pojęcia, o czym oni mówią, coś gdzieś kiedyś słyszałem o tych domach, ale nic poza nazwami nie wiedziałem. Czasem ktoś mnie spytał gdzie ja wolałbym zamieszkać, ale jedyne, co im odpowiadałem to, że chce do domu, nie ważne jak będzie chce wrócić do mojego domu, choć na małą chwilę.
Kiedyś sąsiad, który leżał obok powiedział mi, że każdej nocy jak już zasnąłem, to mówiłem przez sen o tym, że chcę do domu...Ale, o czym innym mógłbym śnić skoro całe dnie myślałem tylko o tym. Nie umiałem się uśmiechnąć nawet wtedy, kiedy bardzo chciałem, sam nie wiedziałem, co z sobą zrobić nie mogłem znaleźć sobie miejsca wszędzie było mi źle. W tym przykrym okresie gdyby przyszło do mnie nie wiem jakieś dziecko dwuletnie i powiedziało, zjedz kilogram gwoździ to bym zjadł popił benzyną i pewnie bym się jeszcze oblizał. Byłem jak robot i godziłem się na wszystko automatycznie bez namysłu, ( myślę, że każdy człowiek czułby to samo i podobnie reagował).
Po jakim czasie w końcu znaleźli mi miejsce, miałem zamieszkać w Domu Pomocy Społecznej Weterana Walki i Pracy, po tym jak to usłyszałem zbudziło się moje uśpione serce, poczułem taki ucisk i ból w klatce piersiowej jakby to serce chciało ze mnie uciec, czułem potworny lęk, nowy nieznany strach byłem przerażony, bo tu czułem się jakbym nie był bezpieczny, znali mnie wszyscy i wiedzieli o mnie wszystko w końcu spędziłem z nimi blisko rok a teraz przeprowadzka w obce miejsce do nieznanych ludzi, od których mam być zależny.
Bałem się tak bardzo tego dnia przeprowadzki, że spanikowałem ( nie wiem czy powinienem o tym wspominać, bo cholernie trudno mi to opisywać, ale chcę, bo tak właśnie było, i nikomu wcześniej o tym nie mówiłem, nie wiem skąd mam odwagę pisać o tym publicznie). Wziąłem z szuflady wszystkie leki, jakie miałem, pojechałem do łazienki i wszystkie z wielkim trudem wyłuskałem i po kilka zażyłem. Byłem przekonany, że teraz będę wolny...Pojechałem do pielęgniarek i poprosiłem żeby pomogły mi położyć się do łóżka, pamiętam, że marudziły coś żebym jeszcze posiedział a ja mówiłem, że jestem zmęczony i śpiący, a tak naprawdę w mojej głowie było już kolorowo, jak tylko znalazłem się na łóżku natychmiast zasnąłem i nie pamiętam nic więcej. Rano jednak zbudziłem się normalnie tak, jak co dzień o 6 i miałem toaletę, byłem bardzo oszołomiony i nie pamiętałem, że wziąłem te tabletki. W trakcie śniadania przyszła pielęgniarka podać mi leki i sięgnęła do szufladki, chciała dołożyć jakiś lek, który miałem u siebie, i jak się później okazało w większości były to witaminy prócz amizepinu( to on tak mnie uśpił) zapytała mnie gdzie są leki z szufladki? I w tej jednej chwili przypomniało mi się, co wczoraj zrobiłem!. Nie wiedziałem, co mam powiedzieć i nie pamiętam, co jej powiedziałem, coś kręciłem, ale nie było z tego afery. Przez kilka następnych dni myślałem tylko o tym jak uwolnić się od tego lęku i tego nieznanego, co mnie czeka, miałem tyle absurdalnych pomysłów, że nie będę o nich pisał, bo mi wstyd na samą myśl o rozwiązaniach, jakie siedziały mi w głowie, oj to naprawdę były czarne pomysły...
Któregoś dnia na porannym obchodzie dowiedziałem się, że ktoś z tego domu pomocy ma przyjechać i zobaczyć jak wyglądam i w jakiej jestem sytuacji zdrowotnej. Od tego ranka strach spotęgował moje myśli jeszcze bardziej.
Tego samego dnia poznałem jeszcze jeden strach, pielęgniarki namówiły mnie na kąpiel w wannie (pierwszy raz od wypadku) myślałem, że będzie ok, bo szczerze mówiąc chciałem tej kąpieli bardzo, ale nie wiedziałem, że tak zareaguje na widok wody. Gdybym nie miał rurki w gardle mój krzyk usłyszałby cały Radom. To było okropne, kiedy włożyli mnie do wanny wpadłem w histerie. Miałem uczucie ze woda wciąga mnie i chce utopić, czułem jak woda wyrywa mnie z rąk pielęgniarek i tak prosiłem żeby mnie wyciągnęli i ratowali, krzyczałem, że się topie a tak naprawdę nic złego się nie działo.
Kiedy już się uspokoiłem i dochodziłem do siebie, czekało mnie jeszcze spotkanie z kimś z tego domu opieki. Po niedługim czasie, jeszcze wczesnym popołudniem, przyjechały te dwie panie, jedną z nich była jak się później okazało moją nowa oddziałowa a druga to pielęgniarka. Chciałem dobrze wypaść i przywitać ich uśmiechem i jak zwykle dostałem kopa. Zanim do mnie podeszły rozmawiały w wejściu do mojej sali, słyszałem każde ich słowo, jedna z tych pań zapytał panią doktor, dlaczego mam trafić do ich ośrodka czy nie można było umieścić mnie gdzieś indziej? I czy próbowali w innych ośrodkach? Doktor powiedziała, że były prowadzone rozmowy z kilkoma domami i tylko ten Dom wyraził zgodę na przyjęcie mnie do swojego ośrodka. Pani, która o to pytała skomentowała to jednym zdaniem:"no tak wszystkie śmieci do nas..." Słyszałem te słowa bardzo wyraźnie i kiedy podeszła do mnie z uśmiechem mówiąc żebym się nie martwił, że wszystko będzie dobrze miałem ochotę zwymiotować. To zdarzenie utwierdziło mnie jeszcze mocniej w przekonaniu, że mój strach przed tym domem był uzasadniony. Nigdy wcześniej nic mnie tak nie przerażało jak zamieszkanie w tym domu. To miał być mój nowy DOM a ja go traktowałem jak coś przejściowego na trasie do mojego rodzinnego domu.
Po tym jak usłyszałem te słowa, które tak mnie zmroziły, bo skoro wszystkie śmieci do nich to ja również nim jestem i całkiem straciłem poczucie, że jestem człowiekiem, że ktoś będzie się ze mną liczył. Zrezygnowany i bez żadnych reakcji na cokolwiek, czekałem jak winny kryminalista licząc po cichu na łagodny wyrok, ale on zapadł już wcześniej, teraz liczył się już tylko czas odsiadki. Miałem nadzieje ze będę mieszkał w tym domu bardzo krótko.
Nadszedł dzień przeprowadzki, w moim sercu i głowie była jedna wielka panika, był ze mną tata i próbował mnie uspokoić, bez skutku. To były chwile tak trudne nie mogłem zatrzymać łez przy pożegnaniu z ludźmi, z którymi przechodziłem ten najtrudniejszy okres, ci ludzie wiedzieli o mnie wszystko, wiedzieli, kiedy i jak mi pomóc a teraz już ich nie będzie przy mnie. Bałem się jak cholera wszystkiego, ale nie mogłem nic zrobić musiałem to wszystko zaakceptować. Karetka, która mnie wiozła pędziła przez miasto a ja zacząłem się modlić żeby nigdy nie dojechała na miejsce...
I Stało się! Przyjechałem do tego domu ogarnięty bladym strachem i skazany na nieznany los. Byłem wystraszony a z moich oczu i twarzy można było wyczytać jedno, "dlaczego musze tu być i mieszkać? Przecież mam rodzinę, mam swój dom! I co ja tu do cholery robię?" A wokół mnie zebrali się zupełnie obcy ludzie, patrzyli na mnie i uśmiechali się, ktoś powiedział witamy Ciebie i zrobimy wszystko byś był szczęśliwy i czuł się tutaj jak u siebie. Ale jak tu myśleć o szczęściu skoro trafiłem z deszczu pod rynnę. Jednak ku mojemu zaskoczeniu, wszyscy ludzie, którzy mnie przyszli przywitać, pielęgniarki, panie pokojowe i jeszcze kilka osób byli bardzo mili i poczułem się lepiej. Atmosfera była taka przyjazna i byłem spokojniejszy, każda z tych osób była bardzo uprzejma i czułem, że wszyscy starają się jak mogą żebym przestał się bać i zaufał im, ze nikt nie zrobi mi tu żadnej przykrości i od razu nazwali mnie swoim pupilkiem. W moim sercu spokój przejmował stery i szalejący sztorm był coraz słabszy, a mój, choć w pełni uzasadniony niepokój tracił z każdą chwilą argumenty, że będzie mi tutaj źle. Zobaczyłem swoje nowe mieszkanie i byłem bardzo pozytywnie zaskoczony, to prawdziwa kawalerka i tak bardzo się ucieszyłem jak usłyszałem, że to mieszkanie jest całe dla mnie! To była moja pierwsza radość tego dnia, bo po chwili miałem kolejny powód do uśmiechu, pani przełożona tego domu zapytała czy chciałbym mieć telewizor! Byłem kompletnie zaskoczony, nie mogłem uwierzyć w to, co mówi! I w tej jednej chwili mój cały strach i obawy o traktowanie itd. poszły w niepamięć.
Pomyślałem jeszcze o tej pielęgniarce, która powiedziała, że wszystkie śmieci do nas, to żałosne i chociaż jej tego nie życzę to wiem, że wcześniej czy później los przypomni sobie o jej traktowaniu ludzi i dzieleniu na lepszych, gorszych, na tych potrzebnych i zbędnych...
Po kilku godzinach pobytu w tym domu moje odczucia były bardzo pozytywne, mówiąc krótko spodziewałem się czegoś złego, byłem na to nastawiony, że miło nie będzie a tu proszę od samego przyjazdu czułem się ważny. Wszyscy tak bardzo się starali i to nie były starania sztuczne tylko takie prawdziwe ludzkie. Pierwsza noc była nieprzespana, ale to chyba normalne, emocje itd. Noc wtedy miła taka ( kochana do dzisiejszego dnia Asia, to najprawdziwszy przyjaciel, jakiego miałem w życiu), polubiliśmy się od pierwszego spotkania, była taka opiekuńcza i miła przyniosła mi wtedy wiatrak, bo było mi tak gorąco. Tej nocy uśmiechnąłem się po raz pierwszy od dawna, to był uśmiech takiej ulgi, że nie jest tu tak źle i jeśli większość personelu jest tak miła i uprzejma jak ta Asia to będzie mi tu dobrze, i tak było...Rankiem poznałem kilka nowych osób były równie miłe i uprzejme, ale jednej osoby bałem się od początku to była moja nowa oddziałowa. Bałem się, dlatego że miała wygląd kogoś nieprzyjemnego a tak naprawdę to była bardzo sympatyczna i dobra kobieta, która mi bardzo pomagała, podobnie było z panią przełożoną dba o mnie do dziś i zawsze mogę na nią liczyć.
Każdego dnia poznawałem nowych ciekawych ludzi i nowe miejsca takie jak rehabilitacja i cały budynek, byłem ciekaw wszystkiego i byłem coraz śmielszy. Cały personel pomagał mi jak mógł i było mi naprawdę dobrze, zacząłem dostrzegać na nowo piękno tego świata miałem, co dzień bardziej radosny uśmiech i byłem już pewny, że w tym domu nic złego mnie nie spotka. Bardzo zaprzyjaźniłem się z pielęgniarką Asią, która mi pomagała ze wszystkim, robiła zakupy, zabierała na spacery, z nią polubiłem się najbardziej i Ona polubiła mnie. Zawsze, kiedy miała dyżur to byłem pewny ze to będzie fajny dzień i tak tez było...
Rehabilitacja i siadanie na wózku to wszystko szło w dobrym kierunku, był tylko jeden kłopot, przyjechałem z rehabilitacji z niewygojoną odleżyną, z której zrobił się wielki problem, omal nie straciłem nogi. Z małej niedogojonej ranki powstał ogromna strasznie śmierdząca dziura aż do kości, która zaczęła gnić, kiedy to zobaczyła moja siostra Ania tak bardzo się zezłościła, że natychmiast wynajęła karetkę z lekarzem i zawiozła mnie do Konstancina. Tam mimo wręczonej łapówki nie chcieli mnie przyjąć, leżałem w karetce, cały w dreszczach i dostałem wysokiej gorączki, mimo tego nie przyjęli mnie, siostra była załamana popatrzyła na mnie jak cały się trzęsę w gorączce i zlany potem, przytuliła mnie i powiedziała, że zrobi wszystko żeby mi pomóc i wróciliśmy do Radomia.
Następnego dnia siostra z rodzicami pojechała do Otwocka i udało się zgodzili się mnie przyjąć, mało tego siostra zapłaciła tyle, że jakiś profesor powiedział ż skieruje mnie do Warszawy na oddział otolaryngologiczny i usuną mi tą rurkę, i jak to się uda to wtedy zoperują mi kręgosłup i nabrałem takiej nadziei, że będę sprawniejszy.
Po tych wiadomościach wróciły do mnie marzenia, znów nadzieja rządziła w moim sercu i mimo gorączki i odleżyny to miałem uśmiech cały czas czułem, że będzie już tylko lepiej. Po przyjeździe do Otwocka myślałem, że niemal natychmiast zaczną działać lekarze i wszystko pójdzie szybko i sprawnie, i tu się przeliczyłem, bo leżałem 3 dni z gorączką, dreszczami, bez toalety w jednej przepoconej koszulce i pozostał mi tylko płacz, bo nikt z lekarzy nawet mnie nie zbadał, nawet pielęgniarki nie wiedziały, co zemną robić. Od przyjazdu przez te 3 dni nic nie zjadłem, bo nikt mi nie podał nikt nie dał mi pić, miałem jedną butelkę przy sobie, którą mama mi położyła jak odjeżdżali i miałem jedno takie duże jabłko jadłem go tak po troszku, żeby mi na dłużej starczyło. Prosiłem pielęgniarkę żeby podała mi ciastka z szafki powiedziała mi, że musze być na czczo, bo będę miał badania i co dzień powtarzali to samo, że będą badania. Trzeciego dnia popołudniu ta gorączka i to że nie jadłem osłabiły mnie tak że nie miałem siły mówić i nie poznałem własnej siostry, która na mój widok wpadła w szał.
Tata i siostra nie mogli uwierzyć w to zobaczyli...To jak wyglądałem i ta gorączka 41 stopni. Byłem prawie nieprzytomny i w jednej chwili przewieźli mnie na inny oddział i porobili wszystkie potrzebne badania i nie przeszkadzało im to czy jestem na czczo czy nie a na drugi dzień zaraz z rana miałem operacje tej odleżyny. Gorączka już nie wróciła i zabieg był udany, rana goiła się błyskawicznie i byłem traktowany iście po królewsku. Każdego dnia po kilka razy przychodził do mnie ten profesor i pytał o traktowanie i zdrowie. Ale ten oddział był jakże inny od tego piekła, w którym byłem 3 dni, nie wiem czy przeżyłbym każdy kolejny dzień...Tu na tym oddziale pielęgniarki były z prawdziwego zdarzenia, każda z nich była opiekuńcza i dobra. Były takie jak te z domu pomocy i rehabilitacji, dla nich był ważny pacjent nie one same. Wyleczyli mnie błyskawicznie, operacja przeszczepu zakończyła się sukcesem a było już tragicznie, bo było blisko gangreny i nawet kość zaczęła gnić. Na szczęście noga została ocalona.
Po 3 tygodniach profesor tak jak obiecał załatwił mi możliwość usunięcia tej znienawidzonej przeze mnie rurki. Zostałem przewieziony do szpitala w Warszawie na oddział otolaryngologiczny. Tutaj sprawy toczyły się szybko i sprawnie, zaraz na drugi dzień miałem dużo różnych badań i po kilku dniach miałem wyznaczony zabieg. Według opinii tamtejszych lekarzy na podstawie przeprowadzonych badań zabieg powinien zakończyć się pełnym sukcesem, a polegał na usunięciu standardowej w laryngologii rurki metalowej i zastąpieniu jej rurką tymczasową z plastiku zwaną rurką T. Umożliwiała ona mi mówienie swoim głosem z przed wypadku.
Po dwóch dniach od zabiegu na porannym obchodzie lekarka poprosiła, cytuje: Mariusz spróbuj przyłożyć palca do rurki i powiedz słowo... I to, co się stało, heh wiele miałem dni, których nie zapomnę, tego też nie. Po dołożeniu palca do rurki no autentycznie zareagowałem tak jakby mnie prąd poraził.
Po tym jak powiedziałem jakieś słowa zdurniałem!. Nie do końca wiedziałem, co naprawdę się stało, patrzyłem na rozchachane twarze lekarzy i pomyślałem wtedy, o co im kurde chodzi? I po te krótkiej chwili zaczęło do mnie docierać to, co naprawdę jest przyczyną ich wylewnego uśmiechu. Niemal natychmiast przyłożyłem palec do rurki, tym razem jednak byłem świadomy i podekscytowany tym, co mogę usłyszeć. Uwierzcie mi proszę w mój wybuch radości i szaleńczą explozję szczęścia, która w całości opanowała moje serce, no to dopiero była chwila i myślę sobie, że warto było męczyć się w tym Otwocku chociażby dla tej jednej chwili i usłyszeć swój głos.
Od tego momentu zacząłem gadać, wszystkich zaczepiałem i pytałem o cokolwiek, o godzinę, o to, jaka jest pogoda itd. Robiłem wszystko żebym tylko mógł rozmawiać obojętnie, z kim i o czym.
Rozmawiałem nawet z krzesłem obok mnie, ale tylko wtedy jak sąsiad z łóżka obok poszedł sobie gdzieś tam a zazwyczaj na TV. A ja tak się cieszyłem swoim głosem, że każdej nocy śpiewałem sobie piosenki, jakich tylko znałem słowa, a jak nie znalem to improwizowałem ble, ble, ble, coś tam coś tam, byle tylko mruczeć. Którejś nocy sąsiad miał dość mojej dyskoteki nocnej i powiedział, że odkąd zacząłem nawijać to On biedny nie sypia i ma dość moich występów solo zażartowałem wtedy, że jak mu mój wokal się przejadł, to wieczorem będzie miał, z czego wybierać, bo będzie koncert gwiazd z całej Polski, na szczęście odpowiedział żartem, no i pomyśleć, że ja miałem tu wrócić do zdrowia to nie będzie możliwe przy Tobie.
I posłuchałem sąsiada, w nocy czekałem aż zacznie chrapać (a chrapacz był z niego profesjonalny, w moim rankingu sąsiadów chrapiących chłop nie dałby szans nikomu, bez dyskusyjnie nr jeden) i wtedy już mogłem mój koncercik zaczynać. To było moje nowe hobby, śpiew i jeszcze raz śpiew. Wiem, że to mogło wydawać się dziwne dla innych ludzi, bo ta moja radość z odzyskania głosu wyglądała na przesadną, ale to mnie nie obchodziło, cieszyłem się nim i już. Nie wiem jak, ale zdobyłem sympatię lekarzy i pielęgniarek. Zawsze podchodziły do mnie z uśmiechem i tu byłem traktowany bardzo dobrze, na każdej wizycie porannej, lekarze pytali zawsze jednakowo: no to powiedz wesołku, co nam dziś zaśpiewasz? Chyba cały szpital wiedział o śpiewaku z otolaryngologii, ale to wszystko było takie mile. Każda pielęgniarka czy salowa wchodząc do mojej sali patrzyła zaraz na mnie i uśmiechała się, czułem się tam tak dobrze.
Podczas pobytu w tym warszawskim szpitalu odnowiła mi się odleżyna na kości ogonowej, nie wyglądało to dobrze i zamiast wracać do Radomia to trafiłem ponownie do Otwocka wyleczyć tę odleżynę. Plan był taki, że po trzech miesiącach wrócę do Warszawy na otolaryngologie i lekarze dokończą zabieg z tą rurką i będę mógł oddychać bez niej. Wszystko to było piękne i byłem naprawdę z dnia na dzień coraz silniejszy psychicznie i fizycznie. To był okres gdzie nie miałem zmartwień tylko serce pełne nadziei a nawet pewności, że wszystko się uda. Tą pewność i tak silną wiarę dostałem od lekarzy, którzy potwierdzili swoje słowa opierając się nie tylko na wynikach badań, ale i na podstawie przeprowadzonego zabiegu, ja nie miałem powodu żeby im nie zaufać. Wszystko zaczęło się układać i nie mogłem się już doczekać powrotu do Radomia, chciałem pochwalić się głosem, tym, że odleżyna wygojona. Miałem tyle do opowiadania, trzymałem w sobie tyle nadziei, którą dzieliłbym się z każdym i na próżno spoglądałem na drzwi czy ktoś do mnie przyszedł. Oprócz taty nie odwiedzał mnie już nikt. Ania siostra, która tak o mnie dba pojechała do Włoch pracować. Minęło już prawie dwa miesiące mojego leczenia w stolicy, tęskniłem już bardzo z powrotem do mojego pokoiku w Radomiu. Już tak bardzo chciałem tam wrócić i opowiadać wszystkim po kolei, co, się tam działo i to, że już niedługo nie będę miał tej rurki okropnej. Jeszcze niedawno płakałem żeby nie iść do tego domu a teraz doczekać się nie mogłem, kiedy tam wrócę.
Kiedy już wróciłem wszyscy byli podekscytowani i ciekawi mojego głosu, opowiadałem wszystkim jak było i najważniejsze dla mnie widziałem to, że wszyscy oni naprawdę mnie słuchają. Ale nawet gdyby tego nie robili i tak bym im to wszystko powiedział. Byłem naprawdę szczęśliwy i bardzo mocny psychicznie, że teraz najgorsze już za mną i będzie już tylko lepiej. Nie myślałem już absolutnie o samobójstwie, myślami byłem już u siebie w domku, bez rurki i na wózeczku, byłem pewny, że tak właśnie będzie, to tylko kwestia czasu. A w mojej głowie była jeszcze ukryta nadzieja, którą trzymałem tylko dla siebie, bo po usunięciu rurki czekała na mnie operacja kręgosłupa, z którą wiązałem ogromną nadzieję. Warunkiem operacji było usuniecie rurki a to było niemal pewne. Każdy spędzony dzień był pracowity, jeździłem na rehabilitacje, siedziałem coraz dłużej na wózku i byłem coraz silniejszy. Zbliżał się dzień wyjazdu do Warszawy i w ostatnią noc pomyślałem: Boże a jak się nie uda i będę musiał pozostać z tą rurką, nie byłaby wtedy możliwa operacja kręgosłupa. Obleciał mnie blady strach i chociaż broniłem się przed tymi myślami to i tak mnie dopadły i przeraziły. Jadąc karetką do Warszawy, ta moja pewność siebie stopniała i strach przejmował kontrolę. Myślałem tylko o tym, co będzie i co ja zrobię jak się nie uda, bardzo się tego balem. Runęłoby wtedy wszystko to, o czym tak marzyłem i nawet pomyślałem, że źle robiłem myśląc tylko o tym, że uda się wszystko, powinienem dopuścić tez myśli o tym, co zrobić, jak operacja się nie powiedzie, dlaczego nie zrobiłem tego!, Byłem, taki zły na siebie o to, a teraz ogarnęły mnie te czarne myśli i nie mogłem przestać o tym myśleć. Trzy miesiące pewności siebie a teraz taki lęk, nie oddam nikomu mojego głosu, nikomu, ciągle to powtarzałem.
W noc przed zabiegiem nie zmrużyłem oka, na przemian raz śpiewałem cichutko, bo balem się, że to może być ostatni raz i ocierałem łzy z żalu, czułem się jak skazaniec przed wyrokiem i chociaż nie było dowodów winy to werdykt nie był oczywisty. Tej nocy czas mijał tak szybko i ani się obejrzałem był już prawie ranek. Pielęgniarka podała mi rano jedną tabletkę, po której zrobiło mi się kolorowo i nabrałem takiej odwagi. Musiałem zasnąć na chwile, bo tu mało pamiętam, otworzyłem jeszcze oczy przed samym zabiegiem, rozpoznałem jeszcze lekarzy uśmiechnąłem się do nich i zrobiłem odlot.
Po zabiegu obudził mnie potworny ból klatki piersiowej, po pierwszym zabiegu nie czułem takiego bólu jak teraz. Chciałem tak bardzo sprawdzić czy nadal mam rurkę, ale nie mogłem podnieść żadnej z rąk ani nawet poruszyć głową. Czułem, w miejscu gdzie była rurka, duży ból, dlatego nie wiedziałem czy ją mam czy nie. Z zamkniętymi oczami prosiłem Boga żeby nie było tej cholernej rury, mówiłem nawet tak do mojej Bozi, że jeśli operacja się nie udała i nadal mam tę rurkę, to Bozia moja sprawi, że zanim otworzę oczy, jeszcze pośpię i obudzę się bez niej. Mimo wszystko nie zasnąłem i słyszałem wszystko, co działo się wokół mnie. Nagle usłyszałem jak kilka osób podeszło do mojego łóżka, chociaż chciałem, to i tak nie mogłem otworzyć oczu, miałem takie ciężkie powieki, słyszałem, co mówiły i robiły. To była moja doktor i pielęgniarki, słowa, które usłyszałem wyjaśniły wszystko. Pani pielęgniarka zapytała doktor, dlaczego się nie udało, odpowiedziała im coś terminem medycznym, co i dlaczego się nie udało. Ja nie wiedziałem, co to oznaczało wiedziałem jedno Nie Udało się i łzy polały się z moich oczu strumieniem.
Po moich łzach zrozumiały, że usłyszałem ich rozmowę, i po cichu wyszły z sali. Mnie znów było wszystko jedno, nie miałem ochoty się budzić i niczego już nie chciałem. Cala noc to jeden wielki ból, ale nie tylko gardła po zabiegu, bolało serce i byłem zrozpaczony. Nie prosiłem w nocy o nic przeciwbólowego chciałem, żeby bolało z całych sił, chciałem zagłuszyć w ten sposób ten ból najgorszy z możliwych, ból serca i duszy. A kulminacyjny punkt tego bólu nastąpił wtedy, gdy gdzieś nad ranem dotarło do mnie, że fiasko tego zabiegu oznacza równocześnie to, że operacja kręgosłupa nie dojdzie do skutku, usuniecie tej znienawidzonej rurki nie powiodło się. Nie mogłem się pogodzić, że dalej mam tę rurkę, od niej tyle zależało, narobiłem sobie nadziei i planów. Diagnozy lekarzy były takie przekonywujące, że wierzyłem w sukces, to miał być prosty i łatwy zabieg. Byłem tak załamany, że z nerwów i z tego, że nie mogłem nic powiedzieć, że znów nie mam głosu wyrwałem tę rurkę dzień po zabiegu. Bardzo się pokrwawiłem, ale miałem to gdzieś, to pewnie głupie, ale cieszyłem się, że ją pokonałem, choć na maleńką chwilę. Myślałem, że lekarka będzie na mnie krzyczeć nawet czekałem na to, a Ona przyszła i ze spokojem powiedziała: No to dostało się rurce? Oj Mariusz Mariusz wiem, że jesteś zły na nią, ale to ona ratuje Ci życie, powiedziałem tylko wiem, ale i tak nienawidzę jej. Zawiozły mnie na sale zabiegową, ponieważ lekarka nie mogła mi jej włożyć, miałem wszystko opuchnięte i zwężone w środku. W końcu założyła mi mniejszą o numer, było mi gorzej oddychać, ale sam sobie jestem winny.
Ból był bardzo duży a ja głupi nie chciałem nic przeciwbólowego, chciałem w ten sposób ukarać sam siebie, nie znalazłem innego kozła ofiarnego, winiłem tylko siebie. Byłem już na tyle świadomy tego wszystkiego, że już nie szukałem winnych tego, co mnie spotkało. Lekarze i pielęgniarki widziały moje oczy, w których oprócz łez był tez ból i załamanie, oszczędzali mnie we wszystkim, nawet powtarzali, że brakuje im tego optymizmu, uśmiechu no i tego mojego śpiewu. Widziałem złość lekarzy, że zabieg się nie powiódł i powtarzali, że przywrócą mi uśmiech na pewno. Bałem się wracać do Radomia, może nie tyle balem, co wstydziłem, obwiniłem siebie za wszystko i było mi źle. Wracając myślałem tylko o jednym, jak mam spojrzeć w oczy tym ludziom, czekali na mnie i wierzyli ze wrócę bez rurki. A ja wracam pozbawiony głosu, bez wiary i nadziei z pustym sercem. Bardzo balem się tych wszystkich pytań, co się stało? Czemu się nie udało, nie miałem sił, żeby tłumaczyć to wszystko, chciałem się zamknąć w swoim pokoju i nikogo nie wpuszczać. Kiedy już dojechaliśmy do Radomia byłem pewny, że będzie lawina pytań, związanych z niepowodzeniem zabiegu. I ku mojemu zaskoczeniu nie padło ani jedno słowo, co i dlaczego się nie udało, powiem szczerze, że byłem poirytowany tym, że nie pytał o to nikt. Tak bardzo chciałem mieć to za sobą a nikt o nic nie pytał oprócz tego jak znosem podróż, jak się czuje i czy czegoś potrzebuje. Byłem zaskoczony, pełen profesjonalizm ze strony personelu, jakby znali moje myśli i wiedzieli, czego się boje. Ale to, że nie pytali niczego nie zmieniło, byłem załamany. Nie mogłem się pozbierać, nie chciałem ćwiczyć, nie dlatego, że chciałem coś lub komuś zrobić na złość NIE, po prostu byłem taki zmęczony, zawiedziony i zdruzgotany. Przestałem wierzyć w samego siebie nie miałem pomysłu ani motywacji, co do dalszego życia, miałem puste oczy bez chęci do wszystkiego. Wszystko to widziały pielęgniarki i cały personel, zaczęły przychodzić do mnie bez dzwonka, przekręcały mnie na boki i dbały o mnie jak tylko mogły. Chociaż nic nie mówiłem to byłem im za to bardzo wdzięczny, a w głębi duszy cieszyłem się ze trafiłem do tego ośrodka, którego tak się balem a teraz to w nim czuje się bezpiecznie, tu nigdy do dzisiejszego dnia nie spotkało mnie nic przykrego, traktuje tych wszystkich ludzi jak rodzinę i jest mi tu dobrze.
Upłynęło sporo czasu zanim stopniowo wróciłem do siebie i zacząłem przebąkiwać, że chciałbym ćwiczyć. I następnego dnia już miałem rehabilitacje, brakowało mi jej bardzo, tego uczucia zmęczenia i później radości, że wreszcie coś robię. Szybko odzyskałem sprawność na tyle żebym mógł usiąść na wózku i samodzielnie się poruszać. Dzień po dniu wracałem do normalności i zapominałem o tej rurce, pogodziłem się, że na razie muszę z nią żyć.
Od początku myślałem, że Dom Pomocy nie różni się wiele od szpitala i w ogóle miałem zerowe wyobrażenie, co do tego typu placówek. Myślałem, że to szpital z okrojoną liczbą specjalistów, lekarzy i pielęgniarek. Na miejscu przekonałem się, że nie miałem racji, że to prawie jak w domu, osobny pokój, łazienka, nie mogłem uwierzyć, że to wszystko dla mnie. Pomyślałem sobie wtedy i czego ty się tak bałeś?
Zaprzyjaźniłem się z ludźmi tam pracującymi, pielęgniarki i cały personel, czułem z ich strony wsparcie i zrozumienie tego, co działo się we mnie. Jedna z pielęgniarek zaprzyjaźniła się ze mną i bardzo przejęła moim losem. Pomagała mi zawsze i we wszystkim czułem się przy niej bezpieczniejszy i zawsze czekałem na jej dyżur. Czasem wydawało mi się, że jej bardziej zależy na tym żebym ćwiczył i pracował nad sobą jak najwięcej. Chyba to było mi potrzebne, był ktoś, kto motywował mnie i wierzył w to, że potrafię dać z siebie więcej, więcej i więcej. Pani Przełożona widząc efekty mojej sprawności fizycznej i co najważniejsze psychicznej, czułem się coraz lepiej, wiedziała, że to zasługa Asi i pozwalała, jej zawsze posiedzieć ze mną i porozmawiać. Widząc to wszystko, starania każdej osoby od pokojowych dziewczyn, kobiet aż po samego Dyrektora czułem wsparcie tych ludzi i ich gotowość pomocy we wszystkim. Zmieniłem podejście do tego domu i już przestałem się obawiać czegokolwiek, nawet pomyślałem,
że dobrze się stało, że trafiłem właśnie tu. Było mi tu bardzo dobrze, co dzień jeździłem na wózku i z dnia na dzień było coraz lepiej. Wyjeżdżałem na spacery, co dzień i siedziałem po kilka godzin na wózeczku. Po prostej drodze poruszałem się samodzielnie to wspaniale uczucie jechać bez niczyjej pomocy. To był okres, w którym naprawdę byłem szczęśliwy. Bardzo polubiłem Asie, rozmawiałem z nią o wszystkim, miałem w niej prawdziwego przyjaciela, miała dla mnie czas, słuchała mnie i dzięki niej czerpałem radość ze wszystkiego, potrafiłem cieszyć się wszystkim, przywróciła mi uśmiech i pokazała nowe rzeczy, które dają radość. Mówiłem jej jak bardzo chciałbym pojechać do supermarketu pooglądać sobie, co można kupić, wysłuchała mnie i tylko się uśmiechnęła. Kilka dni po tym jak mówiłem jej o tym markecie, to była sobota usłyszałem pukanie do drzwi to była Asia, przyjechała specjalnie do mnie i powiedziała, zabieram cię do M1.
Z jednej strony bardzo się ucieszyłem a z drugiej bardzo się bałem, nie byłem dalej od ośrodka niż kilkaset metrów. Ale co tam, ukryłem swój strach i pojechaliśmy, było wspaniale. Od tej pory moje wyprawy do marketu były bardzo częste i cieszyły mnie zawsze jednakowo. Moje życie było w miarę ustabilizowane, miałem rehabilitacje co dzień, byłem na tyle sprawny, że jeździłem na wózku samodzielnie, głównie po ośrodku. Wszystko było super, miło spędzałem każdą chwile i niczego mi nie brakowało, nic mi nie dolegało i chciało się żyć, całkiem zapomniałem, co to depresja. Kiedy po wypadku trafiłem do ośrodka rehabilitacyjnego poznałem tam i zaprzyjaźniłem się z kilkoma osobami, do dzisiejszego dnia przyjaźnie się z nimi. Pierwszą osobą był Rafał jest po wypadku motorowym i uszkodził rdzeń na dolnym odcinku kręgosłupa, dzięki temu ma zdrowe ręce i zasuwa na wózku aż miło. Przebywał ze mną na sali ponad miesiąc i choć to krótko to zżyliśmy się ze sobą, często wspominamy nasze początki przyjaźni.
Zawsze robił mi śniadanie i kolacje, wtedy tak mi pomógł zapomnieć, że jestem niepełnosprawny, przy nim nabrałem pewności siebie i przestałem reagować na ludzi, którzy przyglądali mi się bez końca, strasznie mnie to denerwowało. A Rafał reagował na przyglądaczy uśmiechem i miał to gdzieś, zacząłem go naśladować i to działało, dzięki Ci Rafał. Zaczęliśmy naprawdę rządzić na parterze rehabilitacji, bardzo blisko był sklep spożywczy, Rafał kursował do niego wkoło ja wymyślałem, co by tu zjeść a On pędził po zakupy. Któregoś wieczoru rozmawialiśmy o frytkach mówiłem mu, że dla nich chyba wstałbym z łóżka. Nie wiem jak On to wszystko zorganizował, ale na drugi dzień po kolacji wyjechał z sali i długo nie wracał, nigdy po kolacji nie wyjeżdżał a wtedy przepadł. To, co za chwile się stało wzruszyło mnie do łez, Rafał przyjechał do mojego lóżka z talerzem pełnym frytek. Pytałem skąd i jak je zdobyłeś są takie gorące! Nigdy mu tego nie zapomnę to był prawdziwy odruch przyjacielski spełnił moje marzenie,
moją zachciankę i wtedy zrozumiałem, że On jest moim prawdziwym przyjacielem. Później dowiedziałem się że kupił ziemniaki i sam je usmażył w szpitalnej kuchni. Do dzisiejszego dnia Rafał przyjaźni się ze mną, opowiadamy i wspominamy chwile jakie razem przeżyliśmy a jest co wspominać w dalszej części napisze jaki to były chwile. Chciałem korzystać z tego, że byłem zdrowy, nic mi nie dolegało, siedziałem co dzień dłużej na wózku. Robiłem postępy i zaskakiwałem sam siebie było mi tak dobrze, rodzice i rodzeństwo często mnie odwiedzali, bolało mnie najbardziej to że koledzy tak szybko o mnie zapomnieli. Po wypadku odwiedzali mnie dosyć często, ale z miesiąca na miesiąc przyjeżdżali coraz rzadziej a teraz wcale, dla nich mnie już nie było. Nie mogłem się z tym pogodzić, mówiłem nocami sam do siebie i szukałem odpowiedzi, zrozumienia, czemu do mnie niechcą przyjechać przecież to moi koledzy jeździliśmy razem na dyskoteki, na dziewczyny zawsze byliśmy zgrani, zżyci i jeden za drugiego skoczyłby w ogień.
A teraz ci sami koledzy nie chcą do mnie przyjechać, byłem na nich taki zły i wmawiałem sobie ze jak kiedyś przyjadą to wyrzucę ich ze złości, a tak naprawdę to chyba bym był bardzo szczęśliwy widząc ich nawet teraz po tylu latach. Trudno naprawdę trudno pogodzić się z tym, że kumple, z którymi tyle się przeżyło nie chcą do mnie przyjechać to chyba było najtrudniejsze do zaakceptowania dla mnie ze kolegów już nie ma. To przykre, ale nie potępiam ich, bo nie wiem jak ja bym się zachował gdyby spotkało to jednego z nich, bo choć wydaje mi się, że znam siebie bardzo dobrze to i tak nie wiem jak ja bym się zachowywał w stosunku do nich. Trudno, tak wybrali, ich prawo i choć mi ich brakuje to trzeba dalej żyć a jak kiedyś któryś z nich przyjedzie będę się bardzo cieszył. Cieszy mnie nawet to jak tata przyjedzie i mówi, że któryś z nich pytał o mnie, uśmiecham się wtedy i cieszę.
Będąc na tej rehabilitacji poznałem jeszcze kogoś, to była spikerka radia Radom, kiedy mnie zobaczyła przechodząc obok mojej sali bez wahania podeszła do mojego łóżka i zaczęła rozmawiać, nie, nie rozmawiać, Ona gadała jak najęta, ja wtedy byłem w tym okresie buntu i pomyślałem wtedy Boże, co za baba!? Skąd Ona się wzięła? Gada i bez końca gada. Nie miałem takiej odwagi powiedzieć jej, że idź sobie stąd! Bo gdyby to byli rodzice to bym im to od razu powiedział, miałem wtedy taką podłość w sobie i tak naprawdę to nie wiem skąd w człowieku się nagle bierze takie zachowanie i taka podłość do najbliższych, najgorsze to, że jak przyjechali rodzice to zmieniałem się natychmiast w podłego drania i byłem nieprzyjemny aż do granic. Mama ze łzami pytała, czemu taki jestem nigdy taki nie byłeś, odpowiadałem, że no to już jestem. Jak tylko wyszli zmieniałem się w dawnego Mariusza i płakałem całe noce przepraszałem Boga że byłem tak niedobry dla rodziców, widziałem smutną twarz taty i łzy mamy,
Jezu jak ja się nienawidziłem za to jaki byłem wtedy podły, podły i jeszcze raz podły. Obiecywałem sobie, że jak przyjadą na drugi dzień będę dobry i miły, ale zawsze było jednakowo, nie miałem nad tym kontroli z jednej strony chciałem się do nich przytulić a z drugiej ugryźć. Kiedy wychodzili smutni moja dusza i serce krzyczały: mamo tato wróćcie proszę!. I znów cala noc przepłakana. Nie wiem czy wtedy mnie rozumieli czy po prostu godzili się z tym, że taki byłem. Trochę uciekłem od tematu Luizy tej która bez przerwy mówiła, ale chce naświetlić w jakim byłem okresie kiedy poznawałem Luizę. I to właśnie dzięki niej ten mój bunt przestał istnieć, dzięki jej uporowi i cierpliwości, to dobra osoba którą cieszy niezwykle uśmiech drugiego człowieka zwłaszcza wtedy gdy to Ona jest sprawcą tej radości u innych, taka jest do dziś dobra i uczynna.Taka jest do dziś dobra i uczynna. Po pierwszym spotkaniu nie mogłem się doczekać, kiedy sobie pójdzie, dawałem jej do zrozumienia, że nie chce mi się gadać o niczym.
Myślałem, że mam ją z głowy, ale drugiego dnia przyszła i przyniosła mi coś do czytania jakieś czasopismo kolorowe, pomyślałem wtedy zwariowała! Jak mam to czytać? A poza tym nie mam ochoty czytać, ale kiedy wyszła kusiło mnie żeby tam zajrzeć. Udało mi się ją otworzyć i czytałem wszystko po kolei i spodobało mi się bardzo, przeczytałem całą. Następnego dnia przyniosła mi kolejne dwie gazety, ucieszyłem się jak je zobaczyłem nawet porozmawiałem z nią tak jak z przyjacielem, pytała o rodziców i ogólnie o wszystko, polubiłem ją. Przychodziła do mnie co dzień i powoli wracał do mnie uśmiech, to wszystko nieprawdopodobne, bo przecież na początku nie chciałem żeby przychodziła i gadała jak najęta. Jednak, kiedy poszła w piątek na przepustkę to tak mi jej brakowało i tego jej mówienia bez końca, nie mogłem doczekać się poniedziałku aż wróci. Sprawiła, że mama która przyjechała do mnie w niedziele to pierwszy raz od dawna odjechała ode mnie tradycyjnie ze łzami w oczach, ale tym razem to były łzy szczęścia.
Także i ja tej nocy uśmiechałem się bez końca, byłem taki dumny cały czas widziałem uśmiechniętą twarz mamy i mówiłem krzycząc na siebie w myślach, ty uparty durniu ile zmarnowałeś zdrowia tym załamanym rodzicom, którzy i tak mieli ból w sercu widząc cię bezradnego w łóżku. Ale całą moją przemianę zawdzięczam Luizie, która nie wiem, jak ale dotarła do mnie i wyrzuciła uparte komórki głupoty z mojej głowy, chyba tym gadaniem je wykończyła. No nie mogłem się doczekać poniedziałku i tej gaduły, która w jeden tydzień tak mnie odmieniła. I od rana patrzyłem tylko w drzwi sali, a kiedy w nich stanęła cichutko piszczałem z radości. Przyniosła mi dużo gazet i tradycyjnie zaczęła mówić i mówić, ale tym razem chciałem żeby mówiła i nie odchodziła ode mnie. Zapytała mnie o radio, bo miałem takie malutkie z jednym kanałem polskiego radia, spytała czy lubię muzykę i czy słyszałem inne radia, w których jest dużo muzyki rozrywkowej i młodzieżowej, powiedziałem, że słyszałem, ale w tym działa tylko jeden kanał, powiedziała,
że może uda jej się coś załatwić z tym radiem. Po drugiej przepustce w poniedziałek rano przyszła z uśmiechem i nowym radiem i to takim na kasety. Tak bardzo się ucieszyłem poprosiłem żeby podłączyła go od razu i wszystkie radia odbierały. To właśnie jest najpiękniejsze w tym wszystkim, że cieszyły mnie najdrobniejsze rzeczy, na które wcześniej nie zwróciłbym uwagi. Luiza przywróciła mi uśmiech, rozmawiając ze mną dotarła w miejsca które kierowały moim podłym zachowaniem, to dzięki niej wróciłem na właściwą drogę z której zboczyłem, Luiz dziękuje. Do dzisiejszego dnie przyjaźnimy się i jest takim motorem optymizmu, bo, mimo że ma problemy z życiem osobistym to zawsze jest uśmiechnięta i zawsze mnie mobilizuje do wszystkiego, jestem szczęśliwy, że ją poznałem. Wracają do mojego nowego domu i życia w nim, na co dzień, jak wspominałem czułem się świetnie, z uśmiechem zasypiałem i z takim samym się budziłem, wszystko było super. Często odwiedzał mnie Rafał ze swoim kolegą i tak jak kiedyś kombinowaliśmy,
co by tu zjeść, a teraz mieliśmy większe możliwości, bo kuchnie mam u siebie w mieszkaniu i mogliśmy robić wszystko bez ograniczeń. Któregoś dnia Rafał przyjechał ze swoimi siostrami, z którym szybko się zaprzyjaźniłem, były bardzo otwarte i ciągle się uśmiechały. Od naszego pobytu z Rafałem na rehabilitacji minęło dwa lata i postanowiliśmy, że spróbujemy dostać się tam i usprawnić się jeszcze bardziej. W tym szpitalu zmienił się Ordynator, już nie było tej pijawki bezwstydnej, zastąpiła go nasza znajoma Pani doktor, która przyjęła nas bez wahania ku naszej radości. Jeszcze jedna ważna sprawa, o której musze wspomnieć otóż będąc pierwszym razem, zaraz po wypadku na rehabilitacji, rodził się wtedy w bólach plan założenia stowarzyszenia osób niepełnosprawnych i wtedy właśnie byłem z Rafałem na sali, ktoś zapytał nas czy chcemy do niego należeć i szczerze mówiąc nie chciałem, ale Rafał powiedział zgódź się, co ci zależy i zgodziłem się. Nadszedł termin przyjęcia nas na rehabilitacje,
i zaprzyjaźnione z nami pielęgniarki umieściły nas na tej samej sali i na tych samych lóżkach. Kiedy wjechaliśmy na tą sale łzy same mi popłynęły, wróciły wszystkie wspomnienia, te dobre i złe. Wszystko było po staremu, te same dziury na suficie i na ścianach znalem każdy ich zarys i każdą plamę, personel też był ten sam jedyna zmiana, która bardzo mnie cieszyła to ordynator. Nie było już tego gościa bez sumienia i duszy, który zrujnował budżet moich rodziców, będzie się tłumaczył Panu Bogu z tego co robił, można to nawet nazwać szantażem bo jak nie dostał raz w tygodniu odpowiedniej koperty to straszył rodziców że mnie wypisze i nie obchodzi go co się ze mną stanie, a mama płakała i płaciła.
Od pierwszego dnia było fajnie, bo wszystkich znaliśmy i wszyscy nas lubili a my robiliśmy wszystko, co chcieliśmy. W trzecim dniu pobytu poczułem dość silny ból brzucha, powiedziałem o tym lekarce na wieczornym obchodzie. Zbadała mnie i powiedziała, że to może po zjedzeniu czegoś i nie mam się, czym przejmować, ale na wszelki wypadek kazała rano pobrać mocz do badania i zrobić posiew moczu tak profilaktycznie. Ale ból był coraz mocniejszy i utrudniał mi jazdę na wózku, kilka razy w tym dniu zgłaszałem, że bardzo mnie boli. Lekarze skierowali mnie, na usg jamy brzusznej, ale nic nie wykryło, za to wynik moczu i posiew wyjaśnił wszystko. Dostałem bardzo silny i drogi antybiotyk dożylny, ale nie było wyjścia zagrożenie i ta bakteria zmusiły lekarzy do agresywnego leczenia skutecznym lekiem. Po kilku dniach ból całkiem ustąpił i czułem się świetnie. Wróciliśmy z Rafałem do naszych pomysłów kulinarnych, znów było jak dawniej, extra atmosfera i uśmiech na twarzy. Mnie cieszyło jeszcze jedno,
odwiedzała mnie Asia zawsze, kiedy miała dyżur i wtedy, kiedy była w Radomiu, bo mieszkała wtedy kilkanaście km od Radomia w małym miasteczku Wierzbica. Rafał zawsze był zazdrosny o nią, mówił, ale masz szczęście taka laska Cię odwiedza a ja wtedy tak się cieszyłem w sobie. Asia zaprzyjaźniła się też z Rafałem bardzo go polubiła i tak jest do dziś.
Po powrocie z rehabilitacji byłem jeszcze mocniejszy fizycznie a psychicznie nic mi nie groziło byłem zdrowy i nie miałem żadnych zmartwień. W domu wróciłem do dawnych zajęć i szalałem na wózku każdego dnia. Po kilku tygodniach od wyjścia z ośrodka rehabilitacji poczułem ten sam ból, cały dół brzucha bolał każdego dnia mocniej, ja uparty nikomu się nie przyznałem. Ból był już tak silny, że bałem się usiąść na wózku wtedy potwornie bolało, straciłem apetyt i było mi cholernie zimno. To było prawie lato a mi było tak bardzo zimno, miałem poniżej 35 stopni i dziewczyny włączyły mi farelkę było mi cieplej od niej. Mijały kolejne dni i byłem, w coraz to gorszym stanie aż któregoś dnia poczułem potworne gorąco, kazałem wyłączyć tą farelkę i zdjąć ze mnie koc. Czułem się taki słaby czułem, że tracę kontakt z rzeczywistością, świadomy jeszcze wtedy poprosiłem o termometr i byłem w szoku 42-2 stopni gorączki. Pielęgniarki natychmiast wezwały pogotowie i zaraz przyjechali, ale uznali, że nic mi nie jest,
zrobili mi jakieś zastrzyki, powiedzieli, że powinny pomóc i będzie ok., Ale ok. nie było a tylko gorzej, traciłem świadomość i kolejna wezwana karetka zabrała mnie na sam mój widok bez badania. Trafiłem na izbę przyjęć chirurgiczną i nie pamiętam wiele z tego, co tam się działo. Wozili mnie na różne badania, prześwietlenia i ciągle mnie o cos pytali, ale nie wiem nic, co mówiłem. Całą noc byłem na izbie przyjęć, rano o 7 przyjechała do mnie Asia i jak ją zobaczyłem poczułem się lepiej, została ze mną aż w końcu lekarze podjęli decyzje o przyjęciu mnie na oddział chirurgiczny. Bez przerwy miałem wysoką gorączkę, spadała do 38 stopni i rosła na nowo i tak przez kilka dni, lekarze podejrzewali niedrożność jelit. Nie pozwolili mi nic jeść i pić a przy tej gorączce to była niezła kara, za jeden łyk byle czego, no oprócz spirytusu oddałbym wszystko, dosłownie wszystko. Lekarze mieli kłopot, bo antybiotyk nie powstrzymywał gorączki i nie wiedzieli, co robić. W piąty dzień czułem już taki ból, że lekarz,
który miał dyżur tego dnia był gotów mnie operować, przychodził do mnie, co chwile i widziałem po nim przejęcie, że chce mi pomóc i nie może już patrzeć na mój grymas twarzy, który ujawniał cały ból. Mi było już wszystko jedno chciałem żeby mnie nie bolało i godziłem się na wszystko byle już nie bolało. W końcu lekarz przyszedł i pytał, czy godzę się na zabieg, rozmawialiśmy chwile i wspomniałem mu, że identyczny ból czułem kilka miesięcy temu i wtedy przyczyną było odmiedniczkowe zapalenie nerek. Szczerze mówiąc byłem pewny, że zrobili badanie moczu przy przyjęciu mnie wtedy w nocy, ale nie zrobili. Po rozmowie z lekarzem pielęgniarki pobrały mi mocz na badanie ogólne i posiew, kilka godzin później lekarze zmienili mi antybiotyk. Na drugi dzień rano gorączka jeszcze się utrzymywała i nie czułem poprawy, ale na porannym obchodzie usłyszałem, że już mogę pić, co chce i zacząć jeść powoli. Ordynator powiedział, że teraz będę już tylko zdrowiał, że opanowali już gorączkę i to wszystko było spowodowane
zapaleniem dróg moczowych. I tak tez było, gorączka powoli spadała i czułem się lepiej. Powoli wracał mi apetyt i a wraz z nim życie, a duża w tym zasługa Asi była przy mnie każdego dnia, nigdy jej tego nie zapomnę, była zawsze obok, kiedy spałem i kiedy się budziłem była. Po 11 dniach wyzdrowiałem całkowicie, zostałem wypisany, byłem jednak wycieńczony i potrzebowałem odpoczynku. Wróciłem do mojego pokoju i chciałem przez kilka dni nie robić nic, bardzo schudłem w tym szpitalu przez 6 dni nie mogłem jeść, kroplówki zastąpiły mi posiłki i nie czułem głodu. Gdy już doszedłem do siebie wróciły do mnie siły i mogłem znów ćwiczyć i jeździec na wózku.
Szybko wróciłem do siebie i zapomniałem o szpitalu i gorączce, powrócił do mnie humor i uśmiech, ale przyszłość rysowała się w ciemnych barwach. Byłem zdrowy, czułem jedynie niewielki ból brzucha, trochę mnie niepokoił, bo choć nie był duży, to nie przestawał boleć wcale. Coraz częściej miałem kłopoty z układem moczowym, miałem wtedy zakładane cewniki wewnętrzne zwane Foley'ami, to niezwykle krepujące, kiedy nadszedł dzień wymiany tego cewnika, a zmianę miałem co 2 tygodnie. W te dni byłem już od rana zdenerwowany a tym bardziej, że robiła to kobieta. Rzadko, kiedy cewnik po prostu mi się zapychał i był niedrożny, ale po wyjściu ze szpitala zapychał się nagminnie i to zazwyczaj w nocy, wtedy trzeba było wzywać karetkę. Lekarze i personel a nawet i koledzy na wózkach, wszyscy mówili zgodnie, że problemy z drogami moczowymi są spowodowane przez ten cewnik wewnętrzny i mówili, że jedyne wyjście to przejść na cewniki zewnętrzne zwane kapturkami.
Wtedy jeszcze nic o nich nie wiedziałem, ale kolega Rafał właśnie ich używał i wypytałem go o wszystko. Powiedział mi, że wyglądem przypominają prezerwatywę i dla higieny i komfortu trzeba je zmieniać co dzień, wypytałem go jak to się robi i wszystko mi wytłumaczył. Po tym co usłyszałem pomyślałem ja tego nie zniosę bo zmiana cewnika raz na 2 tygodnie krępowała mnie maksymalnie a teraz zmienialiby mi co dzień i w dodatku zakładali coś podobnego do prezerwatywy i nie zgodziłem się wtedy ( a szkoda ). Któregoś dnia przed południem cewnik znów był niedrożny i pielęgniarki wezwały pogotowie, po krótkim czasie przyjechali i był problem z usunięciem starego cewnika. Lekarz próbował na różne sposoby go usunąć bez skutku a mnie coraz bardziej bolało, bo nie odpływał mi mocz. Zabrali mnie do szpitala na izbę urologiczną, i tam też były problemy, w końcu udało się, ale nie było to mile, byłem bardzo zakrwawiony i odwieźli mnie do domu. Krew ciągle mi leciała i bardzo źle się czułem,
dostawałem dreszczy i miałem trudności z oddychaniem, nie mówiłem o tym, myślałem że mi po chwili przejdzie, myliłem się i omal nie przypłaciłem tego życiem. Po południu czułem się już tak źle, że zadzwoniłem po pielęgniarki i poprosiłem żeby przekręciły mnie na drugi bok. Zauważyły, że coś jest nie tak, byłem bardzo blady i zapytały jak się czuje. Już nie krylem, że jest wszystko dobrze, powiedziałem im, że źle się czuje. Zapytały, co się dzieje? I wtedy poczułem jak cala klatka piersiowa i płuca zaciskają się, nie mogłem złapać powietrza, z całych sił próbowałem zaczerpnąć powietrza niestety nie mogłem. Patrzyłem na pielęgniarki widziałem ich łzy, jedna z nich pobiegła dzwonić po pogotowie, słyszałem jak krzyczała dzwoniąc, że młody człowiek umiera, a druga z aparatem do mierzenia ciśnienia powiedziała, ciśnienie 40 na 0 nie wiem, co to oznaczało. W tym krytycznym momencie pomyślałem to samo, co wtedy po skoku ( Boże to dziś? Dziś mam odejść z tego świata? )
Już wzrok miałem rozmazany i słyszałem, coraz słabiej. Nie wiem skąd wiedziałem, że to mi pomoże, ale resztkami sił powiedziałem żeby mnie posadziły i wtedy od razu udało mi się zaczerpnąć powietrza. Z każdą sekundą było lepiej, choć z trudem, ale oddychałem i już ciśnienie było lepsze, wracały mi kolory. Przypomniały mi się myśli z pytaniem do Boga czy to już koniec, i pomyślałem uśmiechając się pod nosem, że chyba w ostatniej chwili mnie rozpoznał i pomyślał, nie tego psotnika jeszcze tu nie chce. Czasem warto być niegrzecznym za młodu, oczywiście żartuję.
Po przyjeździe karetki czułem się już dużo lepiej, lekarz po wysłuchaniu pielęgniarek chciał mnie na siłę zabrać na obserwację, ale ja nie chciałem, nienawidzę szpitali i dlatego nie zgodziłem się pojechać. Jednak po upływie kilku godzin czułem się coraz gorzej i pielęgniarka ponownie wezwała pogotowie nie czekają czy mi się poprawi i dobrze zrobiła. Tym razem bez protestów pojechałem do szpitala. Na izbie przyjęć podeszli poważnie do moich objawów, o których im opowiedziałem, podłączyli mi tlen, zrobili EKG i wszystkie możliwe badania i po tym wszystkim w pośpiechu zawieźli mnie na oddział intensywnej terapii w skrócie OIOM. Zrozumiałem, że nie jest dobrze skoro trafiłem na ten oddział. To był ten sam, na, którym leżałem zaraz po wypadku, te same pielęgniarki i lekarze. Rozpoznały mnie i było im smutno, że trafiłem do szpitala w ciężkim stanie, ja straciłem świadomość i obudziłem się na drugi dzień przed południem. Znów byłem podłączony do kroplówek i innych sprzętów.
Na porannym obchodzie próbowałem dowiedzieć się czegoś od lekarzy, pytałem co mi się stało, ale nie uzyskałem żadnych konkretnych, poza nie martw się już wszystko jest pod kontrolą. No i mieli racje już nic się nie działo złego poza tym że nie mogłem tam wytrzymać. Całe noce włączone światło i bez przerwy coś się działo, kogoś ratowali lub żegnali i tak co noc. W trzecim dniu pobytu nie wytrzymałem i ubłagałem lekarza żeby mnie wypisał, nie chciał tego zrobić bo to była sobota ale męczyłem go i dopiąłem swego, zgodził się. Powiedział żeby ktoś przyjechał po wypis w poniedziałek i dostałem od niego jakieś kroplówki które miałem brać w domu opieki do poniedziałku. No i wróciłem po trzech dniach i natychmiast usnąłem, trudno było zasnąć w szpitalu a tu zasnołem w kilka minut. W poniedziałek czułem się już całkiem zdrowy i znów jeździłem na moim wózeczku w tą i spowrotem po korytarzu, tego mi było trzeba, wyjeździłem się zmęczyłem i zadowolony poszedłem spać. Każdy dzień wyglądał podobnie, czułem się wolny,
zdrowy i silny fizycznie i psychicznie. Zaczynałem się nudzić i pomyślałem że może spróbuję się dostać na rehabilitacje, tam gdzie byłem z Rafałem. Po niedługim czasie oczekiwania na wyznaczony termin zameldowałem się na rehabilitacji i znów na tej samej sali tylko innym łóżku. Od pierwszego dnia szybko nawiązałem kontakt z sąsiadami z łóżek obok, było nas czterech. Poznałem ta Pana Tadeusza J. i jego rodzinę, to super ludzie oddali by wszystko drugiemu człowiekowi w potrzebie. Przyjeżdżał też do mnie mój przyjaciel Rafał i to od niego dowiedziałem się że stowarzyszenie do którego obaj należeliśmy stara się o dofinansowanie z Pefron na turnus rehabilitacyjny. Rafał był zastępcą prezesa i zapytał mnie czy pojechałbym na taki turnus. Początkowo roześmiałem się i powiedziałem bez namysłu, nie. Ale Rafał uparł się i zaczął mi opowiadać o takim turnusie i podobało mi się to co mówił. On bardzo chciał pojechać ze mną, widziałem z jaką radością mówi o tym wszystkim i powoli mnie przekonywał,
ale gdy tylko skończył opowiadać o tym wyjeździe rzeczywistość krzyczała! nie nadajesz się na takie wyjazdy. Jednak całą noc biłem się z myślami, miałem w sobie coś co bardzo chciało powiedzieć: TAK POJADĘ! i coś co szeptało; każdy ale nie TY! i ten szept był gorszy od krzyku. Jednak rankiem już nie myślałem o niczym innym jak tylko o turnusie i kiedy przyjechała do mnie po południu Asia opowiedziałem jej to wszystko, popatrzyła na mnie i powiedziała: pojedziesz! Ale jak tylko wyszła to pomyślałem, co Ona gada, gdzie ja pojadę? Ta rurka i odsysanie mnie ciągłe
kto mi tam będzie to robił? Wtedy jeszcze nie wiedziałem co postanowiła Asia. Od momentu rozmowy z Rafałem myślałem tyko o tym turnusie, balem się go i marzyłem na przemian. Każdej nocy uśmiechałem się pod nosem i wyobrażałem jak by to było na tym wyjeździe. W tym mętliku moich myśli, marzeń o turnusie przeszkodziła mi infekcja dróg moczowych ( to były początki problemów z układem moczowym ) Jakaś groźna bakteria dostała się do układu moczowego i
zaatakowała wysoką gorączkom. Dostałem silny antybiotyk bo ta cholera była oporna na słabsze leki, zastosowali IMIPENEM (tienam) cholernie silny siejący spustoszenie w całym organizmie. Po 10 dniach leczenia byłem zdrów i z wielkimi nadziejami wróciłem do domu opieki. Mój przyjaciel Rafał często mnie odwiedzał i rozmawialiśmy o tym turnusie, praktycznie już się zgodziłem tylko musiałem poszukać kogoś, osoby która ze mną pojedzie jako opiekunka i pomyślałem tu o Asi. Teraz myślałem tylko o tym jak ją zapytać, ale ona mnie wyręczyła i powiedziała - dobra już się nie zamartwiaj pojadę z tobą - yyhh ten Rafał zdrajca wszystko jej powiedział no, oczywiście powiedziałem to w żartach bo Rafał to mój prawdziwy przyjaciel. Od chwili kiedy to Asia się zgodziła byłem już pewny wyjazdu, cieszyło to nie tylko mnie ale też wszystkie pielęgniarki, pokojowe no i oczywiście moją rodzinę. Teraz zajmowałem się tylko pakowaniem i rozmyślałem jak to będzie, czy jestem na tyle silny by jechać na obóz aktywnej rehabilitacji,
czy wytrzymam, czy sobie poradzę, te i inne myśli zaprzątały moją głowę. Mimo tych kilku obaw byłem szczęśliwy, czułem w sobie, że wszystko się uda i będzie dobrze. I nadszedł dzień wyjazdu, to była sobota rano, spakowany i gotowy czekałem z Asią na busa. Wyjechaliśmy, siedziałem całą drogę na wózku i podziwiałem widoki za oknem, byłem taki przejęty tym co widziałem z auta i tym że jadę z przyjaciółmi na turnus. Wszystkich osób łącznie z opiekunami i wolontariuszami było nas ok. 20 osób, większości nie znalem. Pierwsze godziny upływały pod znakiem poznawania się i luźnych rozmów, ja oczywiście byłem blisko Rafla i Asi. Później pozajmowaliśmy pokoje i chwile odpoczywaliśmy. Rano po śniadaniu mieliśmy ćwiczenia, gimnastykę i to nie byle jaką, trwała godzinę i straciłem całą siłę jaką miałem, Artur który prowadził te zajęcia dał nam popalić.
Byłem ciekaw wszystkiego i czułem pierwszy raz od wypadku taką wolność, żadnych ograniczeń, czułem się całkowicie zdrowy. Ani przez chwile nie poczułem od nikogo, że jestem niepełnosprawny lub inny. To miejsce było przeurocze, w środku lasu a na jego obrzeżach olbrzymie jezioro, dwieście metrów od naszych domków. W tym lesie czułem się tak swojo tak jak u mnie na wsi, po prostu dla mnie to był raj, byłem cholernie szczęśliwy i w wieczornej modlitwie podziękowałem Bozi za to, że mogę to wszystko oglądać i być tutaj.
Miałem w sobie mnóstwo energii i chciałem ciągle coś robić, ćwiczyć, jeździć wózkiem choćby wkoło drzewa, miałem w sobie tyle zapału do wszystkiego, uśmiech nie schodził z mojej twarzy. Asia podziwiała mój zapał i widziałem, że była dumna z mojej postawy, nie zapomnę jak wymykała się z pokoju a ja się głowiłem gdzie Ona poszła? I jak wróciła mówiła: zamknij oczy otwórz buzie i kiedy to zrobiłem wsypała mi do buzi garść poziomek, zbierała je dla mnie, co dzień i kiedy chciałem się z nią podzielić mówiła, że zrywając je zjadła więcej niż mi przyniosła, wiem że tak nie było, bo wszystkie przyniosła mi, bo dobrze ją znam.
Pierwszy dzień był poświecony na poznanie się bliżej nas wszystkich poza poranną gimnastyką nic więcej nie robiliśmy no choćby, dlatego że to była niedziela. Jakieś 50m od naszych domków była restauracja, w której się stołowaliśmy, był tam stół bilardowy i stół do tenisa stołowego, patrzyłem na nie z zazdrością. Zauważył to Artur, ale nic nie powiedział, wiedziałem jedno, że wiedział, o czym myślałem. Wieczorem jeszcze tej niedzieli wszyscy wybraliśmy się do tej restauracji na piwo i to był mój pierwszy raz, kiedy siedziałem na wózku wieczorem, ale byłem z siebie dumny. Ranek zaczął się tak samo jak poprzedni, ostrą gimnastyką Artur dobudził każdego z nas, ale mimo tej harówki uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Ciągle słyszałem od wszystkich, ale Ty się potrafisz cieszyć tym wszystkim, ale jak tu się nie cieszyć po dwóch latach czułem się wolny, szczęśliwy i zdrowszy od każdego. Mojemu zapałowi przyglądał się Artur i jego dziewczyna Ewa, nagle podszedł do mnie i zapytał czy chciałbym być bardziej sprawny i więcej samodzielny, popatrzyłem na niego i odpowiedziałem twierdzącym radosnym okrzykiem, no jasne, że tego chce. Niemal natychmiast zabrał mnie na indywidualne ćwiczenia, i to dopiero były ćwiczenia, prawdziwa harówka. Artur przejął się mną i bardzo chciał mi pomóc, jak mówił do Asi, widzę w nim olbrzymie rezerwy niezależności i pomogę mu tak jak tylko będę mógł. Tak jak obiecał ćwiczył ze mną w każdej wolnej chwili, a kiedy nie mógł zastępowała go Ewa jego dziewczyna ( a tak dla ciekawostki oboje byli wegetarianami) ćwiczyłem na materacach, wózku, z ciężarkami i siłowo, Boże, jaki ja byłem wtedy szczęśliwy.
Niczego już nie pragnąłem, moje marzenia, moje wyobrażenia i cały mój świat był tu, chciało mi się żyć jak nigdy przedtem. Bywałem zły, że dzień jest zbyt krótki, ciągle chciałem coś robić, stawiałem sobie coraz to wyższe cele a poranne ćwiczenia męczyły mnie coraz mniej, byłem coraz silniejszy i pewny siebie, że wszystko mi się uda. Każdego dnia po rannej gimnastyce jeździliśmy na plac ośrodka oddalonego od naszych domków o ponad kilometr. Powiem szczerze, że bardzo się balem oddalić od domku gdzie był ssak, ponieważ często byłem odsysany i w razie konieczności odessania powrót do ssaka byłby sporym kłopotem. bo wydzielina zalegająca w rurce bardzo utrudnia oddychanie. Asia mnie jednak przekonała że w razie czego wyjmie środkową rurkę ( są dwie, rurka w rurce ) i zdążymy wrócić. To było wszystko ryzykowne i chyba żaden lekarz nie wypuściłby mnie tak daleko bez ssaka. A ja się dałem przekonać i wyruszyliśmy.
Od naszych domków do głównej drogi asfaltowej było jakieś 300metrów i trudno było poruszać się wózkiem był piach i kamienie. Ale za to drogą asfaltową mogłem samodzielnie jechać no i dlatego że było z górki. Na miejscu tego ośrodka Artur dał nam pierwsze zadanie kondycyjne. W tym ośrodku było takie mini rondo i każdy miał 3min w tym czasie Artur liczył ile okrążeń każdy z nas w tym czasie zrobi, oj było ciężko. Artur powiedział, że przed końcem turnusu zrobi test i jeśli ktoś poprawi swój wynik i przejedzie więcej okrążeń w tym samym czasie to będzie oznaczało, że praca na turnusie ma sens i o to chodzi. Mnie niepokoiło cos jeszcze, bardzo blisko nas było to jezioro, no bardziej zalew, jego szum i głosy ludzi kąpiących się w nim wprowadzało mnie niemal w panikę, histerie, to było uczucie strachu, leku, przed, którym nie mogłem uciec. Wiedziała o tym tylko Asia, ale to tylko kwestia godzin, bo w programie było pływanie łodzią i wtedy wszyscy się dowiedzą jak bardzo boję się wody.
W mojej głowie był chaos im bliżej wody tym głośniejszy był krzyk wody, która w moim przekonaniu czeka tylko na mnie żeby dokończyć sprawę. Dla wszystkich pływanie łodzią to było coś wspaniałego ciągle o tym mówili, ja nie mogłem tego słuchać. Dla mnie woda to wróg nr 1 i w moich oczach to wielkie żywe monstrum, co ma potężne szpony i tylko czeka na ofiarę, czeka na mnie. Balem się jak cholera, tego spotkania, ale na razie cieszyłem się tym, co robiliśmy a robiliśmy same super rzeczy. Po jeździe wózkiem na czas Artur powiedział, że zagramy w rugby, pomyślałem, co On wymyślił? Ale jak zaczęliśmy w nie grac to było niesamowite
jak dzieci jeździliśmy nie zważając na nic. Było nas trzech na trzech i walczyliśmy o piłkę, było wspaniale, wielka radość każdego z nas. No, ale musiałem przerwać zabawę i wrócić do domku odessać się, tak mi było szkoda odjeżdżać, ale musiałem. Wróciliśmy z Asią do domków i wtedy poczułem, jaki jestem cholera, zmęczony.
To był trzeci dzień i to zmęczenie dopiero wyszło, ból mięsni i wszystkiego a po południu czekało na mnie ćwiczenie z Arturem i wieczorna gimnastyka a ja nie mogłem się ruszać.
Cały mój zapał i chęć do wszystkiego przegrało z tym zmęczeniem i ostrym przetrenowaniem, te same słowa usłyszałem od Ewy. Nie zapomnę tej wieczornej gimnastyki, wszystko bolało, każdy ruch. Artur powiedział żebym wziął dużo witaminy c ona powinna pomóc na tzw. zakwasy. Rano faktycznie nie czułem większego zmęczenia, a może dlatego że to tego dnia w programie było pływanie łodzią i myślałem tylko o tym co im powiem, bo panicznie boję się wody. Asia o tym wiedziała, ale widziałem jak cieszyła się tym dniem, mówiła ciągle że lubi bardzo pływanie łodzią i nie może doczekać się tego dnia. Do ostatniej chwili nic nie mówiłem ale jak zobaczyłem tą wodę...spanikowałem, powiedziałem że nie wejdę na łódź za żadne skarby, ten widok wody i jej szpony, widziałem i czułem tylko jedno, że czeka tylko na mnie i jak znajdę się na łodzi to napewno mnie utopi. To głupie ale tylko to miałem w głowie i nie chciałem tego pływania, w głowie miałem na przemian panikę z histerią i zero rozsądku czy normalnego myślenia,
emocje były górą. Gdy trochę się uspokoiłem została przy mnie Asia, a pozostali na zmianę pływali łodzią, i mówiła: " zobacz nic złego się nie dzieje, wszyscy się cieszą, bawią a ty się boisz niepotrzebnie". Patrzyłem na nią z jaką pasją śledzi moich kolegów, koleżanki jak pływają i bawią się, słychać było ich śmiech zadowolenia. Nagle ktoś krzyknął: "Asia choć do nas" i odpowiedziała że bardzo by chciała ale nie może i spojrzała na mnie bez wyrzutów, po prostu rozumiała mój lęk. Ale we mnie coś pękło pomyślałem przez chwile i powiedziałem: "zgoda popłynę", zrobiłem to wyłącznie dla niej. Ona robiła dla mnie niemal wszystko, więc byłem jej to winien i w tym momencie nie liczyłem się już z wodą, pomyślałem rób co chcesz możesz mnie dopaść i dobić. I choć w środku mnie lęk i strach był niewyobrażalny to nie cofnąłem się. Boże im byłem bliżej małego, wąskiego molo tym większy miałem strach ale nie wycofałem się i wsadzili mnie na łódź, zabezpieczyli pasami i w drogę.
W wielkim szoku byłem podczas kąpieli w wannie po wypadku ale to było o tysiąc kroć gorsze niż wanna. Wokół mnie był mój największy wróg i ja byłem na jego terenie. Miałem uczucie że miliony oczu w wodzie patrzy tylko na mnie i czeka na dogodną chwile by mnie dopaść. Każde mocniejsze kołysanie łodzią i miałem skołatane myśli, że to ten moment i w głowie prowadziłem wojnę z całą wodą. To zabrzmi głupio ale gdy łodzią mocniej zakołysało to ja dogadywałem wodzie: "no na co czekasz bierz mnie! już Ci nie ucieknę!". Im dłużej nic złego się nie działo tym bardziej czułem się zwycięzcom, i dalej, mocniej i odważniej szydziłem z wody, że to ja tu wygrywam, ja mimo tego że tak bardzo mnie skrzywdziła to jestem na niej i wygrywam. Byłem naładowany na maksa adrenaliną i czułem w sobie wielką siłę, zaciskałem zęby i odgrażałem się wodzie dookoła. Chciałem ją przekrzyczeć, oczywiście w myślach i nawet nie słyszałem co Asia do mnie mówiła.
Wkońcu poprosiłem, wracajmy mam dość i tak się stało, wróciliśmy na molo i wtedy wypłynęły ze mnie emocje, poczułem się wielkim zwycięzcom i byłem dumny. Wszyscy mi gratulowali, że pokonałem strach itd. ale to nie prawda bo za żadną cholerę nie popłynę na czymkolwiek kolejny raz, nienawidzę wody i czuje przed nią wielki lęk. Wracając do naszych domków powoli dochodziłem do siebie i myślałem no łódź jakimś cudem zaliczona i teraz już wszystko będzie ok. Wieczorem wszyscy udaliśmy się na piwo do restauracji i po wypiciu dwóch byłem
no opiłem się i nabrałem odwagi, poprosiłem Artura żeby nauczył mnie przesiadania z wózka na łóżko, bo kilka razy mi to proponował i ja się zawsze bałem, ale nie tym razem. Pojechaliśmy do mojego pokoju i zaczęła się super komedia, byłem tak rozluźniony jak guma leciałem na wszystkie boki. Asia z Ewą pękały ze śmiechu, Artur trzymał fason ale i On pękł i wybuchnął śmiechem, zsunąłem się z wózka na kolana i powiedziałem że nie mam już sił i zostaje tak do rana.
Wkońcu zacząłem żałować że go poprosiłem o to przesiadanie, naprawdę nie miałem siły a On mówił próbuj i próbuj i powiedziałem mu że mi słabo, duszno i takie tam...blefowałem.
Rano jak zresztą co dzień obudził mnie pies Artura, wskakiwał na łóżko, lizał mnie i merdał ogonem jakby chciał cos powiedzieć a ja polubiłem bestie i to bardzo. Artur mówił: "coś ty z nim zrobił?", jak nadchodził ranek on już piszczał pod drzwiami żeby go wypuścić. Jak tylko to zrobił, pies wystrzelił jak rakieta i biegł do mojego domku oddalonego od Artura o kilkanaście metrów wprost na moje łóżko. Czasem drzwi były zamknięte to on drapał w nie, piszczał aż ktoś go wpuści. Wracając do tego ranka, o dziwo żadnego kaca nie miałem i czułem się świetnie. Po gimnastyce która już nie była dla mnie problemem, nie męczyłem się tak jak na początku Artur powiedział że dziś będziemy grać w tenisa stołowego a później zajęcia na materacach. Pomyślałem, zaraz, zaraz co On bredzi, materace rozumię ale tenis? widziałem też zdziwienie innych, a On powtórzył to jeszcze raz i na dowód przyniósł cztery rakietki i piłeczki, Ewa trzymała w ręku bandaże elastyczne.
Podobierał nas w pary przywiązali nam rakietki do rąk i Boże to działało! a radości, szczęścia nie było końca. Dorośli ludzie a cieszyliśmy się z każdej dobrze odbitej piłki, to właśnie jest ten mój nowy inny świat w którym radość przynosi banalna dla innych rzecz. Po tej radości tenisem przyszła pora na materace, ćwiczyłem z Ewą przekręcanie i wiele innych siłowych ćwiczeń, Ewa mnie pochwaliła za to z jakim zaangażowaniem podchodziłem do wszystkich zajęć. Wieczorem tego samego dnia bardzo bolał mnie brzuch i dostałem gorączki, byłem bardzo zły z tego powodu bo chciałem czerpać z tego turnusu wszystko co tylko możliwe, zdawałem sobie sprawę że druga taka szansa na tak wspaniałe chwile może się nie powtórzyć. Całą noc myślałem z Asią co robić, wracać czy znaleźć jakieś inne rozwiązanie i zostać do końca. Rano Asia postanowiła spróbować porozmawiać z miejscowym lekarzem i pojechała. Kiedy wróciła miała uśmiech na twarzy i wiedziałem, że zostaję do końca turnusu.
Lekarz zlecił mi antybiotyk w zastrzykach i na ból brzucha rozkurczową Papawerynę. Asia zrobiła mi zastrzyk i miałem nadzieje że szybko wrócę do siebie. Ten dzień był dla mnie ulgowy, nie brałem udziału w porannej gimnastyce przez co czułem złość. Po południu przyszedł do mnie Artur i zapytał czy spróbuje usiąść na bardziej lżejszym i aktywnym wózku. Opierałem się jak mogłem, że wózek jest wywrotny boje się na nim usiąść, i Arturowi puściły nerwy, albo to była taka prowokacja, do dziś tego nie wiem w każdym bądź razie Artur powiedział że tak właśnie czuł że to wszystko co robiłem i ten mój zapał był słomiany i cała reszta to blef. Kurde zaskoczył mnie, cały czas mnie chwalił a nagle takie słowa, chciał mnie sprowokować i udało mu się bo zacisnąłem zęby i powiedziałem dobrze przesadźcie mnie. Z wyrzutem i podniesionym głosem, patrząc na niego powiedziałem że jak się porozbijam i zrobię sobie krzywdę będzie to jego wina.
Roześmiał się i powiedział: " Ty uparty Mariuszu przejedź się najpierw wózkiem a zobaczysz różnice i nie będziesz chciał z niego zejść". No to i ja w duchu się roześmiałem i już szukałem sposobu, pretekstu żeby szybko z niego zejść. Musiałem tylko zrobić kilka kółek na tym wózku tak żeby On widział, trochę postękać, po udawać jak mi na nim źle i po sprawie. Ale źle nie było i miał racje, wózek był lekki i z niewielkim nakładem sił jeździłem po restauracji w tą i spowrotem i szybko go opanowałem. Naprawdę mi się podobało ale głupio mi było przyznać mu racje po takiej walce i oporze z mojej strony. Cholera szkoda było mi z niego schodzić, ale musiałem postawić na swoim i przesadzili mnie na mój ciężki czołg. Na drugi dzień rano nie czułem się za dobrze, Asia zrobiła mi ten antybiotyk i drugi rozkurczowy z papaweryny na ból brzucha, lekarz zlecił to razem z antybiotykiem.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że papaweryna na mnie źle działa czułem się źle ale miałem infekcje dróg moczowych i na to zgoniłem mój marny stan. No nic było jak było ale tego ranka zaskoczyłem wszystkich schowałem dumę w kieszeń i powiedziałem dawajcie mi tu ten wózek nie mam sił na ten mój pancerniak. Artur przyprowadził go z uśmiechem i ten uśmiech mówił wszystko, że On miał racje, ale no dobra wygrał już nie roztrząsajmy :-) Bardzo dobrze jechało mi się na tym wózeczku lekko i przyjemnie, miałem uśmiech od ucha do ucha. A że nasz turnus zbliżał się do końca jechaliśmy sprawdzić czy po tym tygodniu ciężkich zajęć kondycyjnych i siłowych poprawimy swoje wyniki z drugiego dnia pobytu. Artur miał zapisane kto i ile okrążeń wtedy przejechał wokół małego ronda na placu. Po kolei każdy poprawiał swój wynik, ja też byłem pewny swego w dodatku miałem lepszy wózek.
Przyszła moja kolej ruszyłem energicznie i szybko przejechałem pierwsze okrążenie ale każdy kolejny metr był coraz dłuższy i trudniejszy do pokonania, ledwo dojechałem i zrobiło mi się słabo. Asia przechyliła mnie wózkiem do tyłu i poprawiło mi się a mój wynik był identyczny jak na początku, Artur pocieszał mnie że jestem osłabiony antybiotykiem i napewno czas byłby lepszy gdybym był zdrowy. Byłem zły że nie poprawiłem tego wyniku, miałem ochotę spróbować jeszcze raz i wystartować mniej chaotycznie niż wcześniej, ale ani Artur ani Asia nie zgodzili się.
Wracając z tego placu Asia co chwilę wchodziła do lasu i zbierała mi poziomki a ja mimo porażki kondycyjnej miałem kapitalny humor i całą drogę do ośrodka śpiewałem, Golców hicior * tu narazie jest ściernisko ale będzie kurde wszystko * pozmieniałem słowa i mało kto rozumiał co ja tam miauczę ale to nie ważne, kupę śmiechu było i już. Wieczorem czułem się źle, miałem niewielką gorączkę i ciężko mi było oddychać a następnego dnia miało być pożegnalne ognisko i bardzo chciałem być na nim. Rano czułem się dużo lepiej i myślałem że wszystko będzie ok do końca turnusu. Asia powiedziała że dziś lepiej będzie jak nie będę się forsował i zostanę dłużej w łóżku, poprostu miałem wypocząć. Przed południem Asia wyszła z pokoju i nie wracała przez dłuższą chwile ja w tym czasie miałem problemy z oddychaniem, jak tylko Asia wróciła od razu zauważyła że coś ze mną nie tak. Szybko podniosła mi głowę, kogoś jeszcze poprosiła i podłożyli mi kilka poduszek, w pozycji siedzącej było mi łatwiej oddychać.
Dostałem gorączki i Asia zdecydowała że trzeba wezwać karetkę, nie chciała czekać i ryzykować czy poprawi mi się czy nie. Ambulans z lekarzem przyjechał błyskawicznie, zmierzył mi ciśnienie i zrobił jakieś zastrzyki, nawet zostawił kilka Asi w razie duszności. Po tych zastrzykach poczułem się lepiej i cholernie chciałem być na tym ognisku, tylko o tym myślałem. Im bliżej wieczoru tym większa była gorączka i nawrót duszności, zapadła decyzja wracam do Radomia prosto do szpitala. Asia zrobiła mi jeszcze przed wyjazdem zastrzyk od duszności i wyruszyliśmy. Marnie się czułem i chociaż nienawidzę szpitala to wtedy jak najszybciej chciałem się w nim znaleźć. Jechaliśmy osobowym samochodem, ja leżałem na tylnym siedzeniu i z każdą chwilą było mi gorzej. Asia widziała i czuła że jest źle dlatego powiedziała, Mariusz po drodze w niewielkiej miejscowości jest miejscowy szpital zapytała czy wytrzymam do Radomia, powiedziałem że chyba nie.
Zdecydowaliśmy że bezpieczniej będzie jak zatrzymamy się w tym szpitalu i jeśli lekarz pozwoli nam jechać dalej to pojedziemy. To był szpital w miejscowości Iłża, lekarz po zbadaniu mnie zdecydował że nie mogę jechać dalej i zatrzymał mnie na oddziale internistycznym. Bogu dzięki że była ze mną Asia bo gdyby jej nie było nie pisałbym tego wszystkiego, położyli mnie samego na 8 osobowej sali, dzwonek żebym mógł wezwać pielęgniarkę trzeba było włączyć przy wejściu na sale. Kiedy włączyłem dzwonek i przyszła pielęgniarka spytałem ją jak ja mam dzwonić po pomoc skoro za każdym razem trzeba włączyć go przy wejściu na sale, odpowiedziała że będą zaglądać do mnie często. Dobrze że pozwoliły Asi być przy mnie całą noc, bo nawet nie mieli mnie czym odsysać i dobrze ze miałem swój ssak inaczej udusiłbym się. Calutką noc obok była Asia, robiła mi okłady i czuwała a żadna z pielęgniarek nawet nie zajrzała, a obiecały. Bałem się zostać sam w tym szpitalu a to mnie czekało bo rano Asia musiała pojechać do domu.
Poprosiłem żeby zadzwoniła do mnie do domu i powiedziała żeby ktoś przyjechał do mnie i tata powiedział że będzie u mnie rano. Asia porobiła wszystko co mogła zanim pojechała do domu obiecała przyjechać wieczorem. Po tym jak wyszła Asia zjawił się tata i od razu poczułem się lepiej i bezpieczniej. Siedział przy mnie a ja opowiadałem mu jak było na obozie, do momentu kiedy chciałem się odessać, tata włączył dzwonek ale na próżno, nikt nie przyszedł. Wkońcu tata się zdenerwował i sam mnie odessał choć nigdy wcześniej tego nie robił. Po jakimś czasie ponownie chciałem się odessać i tym razem na dzwonek też nikt nie przyszedł i tata się strasznie zdenerwował, powiedział że tu nie zostanę. Poszedł do ordynatora i poprosił o wypis już, natychmiast, zdziwiony ordynator przyszedł i osobiście mnie zapytał czy naprawdę chcę tego wypisu, powiedziałem że chcę opuścić to miejsce jak najszybciej.
Opierał się, pytał dlaczego i argumentował że wysoka gorączka nie pozwala mu wypisać mnie ze szpitala, wtedy powiedziałem stanowczo i wprost, chce opuścić ten szpital i leczyć się w Radomiu a pan nie wypisze mnie na własne żądanie. I tak się stało, Boże jaki ja byłem szczęśliwy że opuszczałem to miejsce normalnie ozdrowiałem i nie czułem żadnej choroby. Tak później myślałem że to był taki wiejski szpital i z pewnością nigdy nie mieli takiego pacjenta z rurką i czterokończynowym porażeniem, może pielęgniarki bały się że czymś zrobią mi krzywdę, nie wiem i nie dowiem się tego chyba nigdy ale będę ich surowo oceniał. Wróciłem do ośrodka, do mojego pokoiku i czułem wolność, żadnego niepokoju i wszystko było super. Ta gorączka i duszności nie wiem jakim cudem ale wszystko minęło i byłem zdrowy. Żałowałem tego ogniska bo tak się nim cieszyłem i zawiodłem, ale może kiedyś jeszcze będę na ognisku. Wróciło wszystko do normy i jeździłem na wózku gdzie chciałem, do M1 dookoła ośrodka i cieszyłem się każdą chwilą.
Byłem silny po tym obozie i czułem w sobie tą moc, jedyne co mnie martwiło to cewnik wewnętrzny przez który miałem coraz większe kłopoty z infekcjami dróg moczowych. Kolega Rafał namawiał mnie na cewniki zewnętrzne które dają duży komfort i zmniejszają ryzyko zakażeń ale raz że się bałem a drugi, cholernie mnie to krępuje. A dokładnie to że dla odpowiedniej higieny cewnik trzeba zmieniać każdego dnia. I to mnie krępowało do granic bo wymiana tego który miałem co dwa tygodnie była dla mnie zawsze przykrym niestety niezbędnym obowiązkiem a wymiana co dzień no nie zniósł bym tego. A szkoda że wtedy się nie przełamałem bo dziś nie chorował bym na nawracające infekcje dróg moczowych. Gdyby wtedy mi ktoś wyjaśnił i powiedział czym może się skończyć życie z wewnętrznym cewnikiem pewnie bym go posłuchał, a tak żyłem w świadomości że ten który miałem jest najlepszy i kropka. Niedługo po powrocie z obozu coraz mocniej odczuwałem ból brzucha był chwilami nie do wytrzymania.
Nikomu się nie przyznawałem że tak mnie boli, z dnia na dzień traciłem apetyt i miałem cholerne dreszcze, na zewnątrz było bardzo gorąco a ja kazałem włączyć farelkę tak było mi zimno. Trwało to dobry tydzień, temperatura 35 stopni, okropny ból brzucha i nie mogłem patrzeć na jedzenie. Nie dało się dłużej ukrywać że wszystko gra bo już każdy widział że coś mi jest i dostałem takiej gorączki jakiej w życiu nie miałem 42 stopnie. Jak odczytała to pielęgniarka bez pytania wezwała pogotowie które błyskawicznie przyjechało. Ale o dziwo dla nich wszystko było ok dali mi coś od gorączki i od bólu bo skarżyłem się na brzuch i pojechali sobie. A mi gorączka nie spadała i byłem na wpół przytomny, pielęgniarki ponownie wezwały karetkę i tym razem zapytał lekarz jaka jest temperatura i powiedział kolego zabieramy Cię. Nie wiele pamiętam co działo się na izbie przyjęć, wozili mnie na prześwietlenia i inne badania, chciałem napić się wody tak bardzo, ale lekarz mi zabronił.
Do rana byłem na izbie przyjęć, nie wiedzieli co mi jest i od czego ta gorączka która była ciągle na granicy 40s. Zrobiło mi się lepiej jak zobaczyłem Asie obok mnie, o 7 rano przyjechała do mnie miała nocny dyżur w pracy i zaraz po nim przyjechała do mnie. Tak bardzo się ucieszyłem na jej widok i wiedziałem że teraz wszystko będzie dobrze, jestem jej dłużnikiem do końca życia, w każdym złym momencie jej twarz była pierwsza jaką widziałem. A w tym czasie lekarze podjęli decyzję że muszę zostać w szpitalu i zawieźli mnie na oddział chirurgiczny. Przyznać się muszę że to był ten jedyny raz kiedy się ucieszyłem że zostaje w szpitalu bo miałem w pamięci to co przeżyłem w Otwocku, od tamtej chwili nienawidzę szpitali. Na oddziale miałem szereg badań krwi i posiew moczu. Trzy dni gorączka nie ustępowała każdego ranka i popołudnia była wysoka, antybiotyk był nie trafiony i nie poprawiało mi się nic. Nie mogłem jeść ani pić byłem na ścisłej diecie a lekarze nadal głowili się co mi jest.
Ból brzucha był nieznośny i przy jednym z ataków bólu lekarze omal nie zdecydowali się na zabieg. W końcu doszli co było nie tak, ostre odmiedniczkowe zapalenie nerek i układu moczowego, dostałem antybiotyk zgodny z antybiogramem i gorączka pa pa poszła w cholerę, a co mnie ucieszyło najbardziej to słowa ordynatora który powiedział możesz pić ile zechcesz i zacznij już jeść. Ale jeść mi się nie chciało za to pić bardzo, piłem bez przerwy jakbym się bał że znów mi zabronią. Po 11 dniach zostałem wypisany i tam po raz pierwszy usłyszałem że powinienem pozbyć się cewnika wewnętrznego. Po powrocie szybko zapomniałem że byłem chory, bo jakże tu pamiętać jak wszyscy dokoła się uśmiechają i nieba by mi uchyliły bardzo polubiłem wszystkich w tym domu opieki i nie było osoby której bym nie lubił i do dziś nie usłyszałem od nikogo przykrego słowa. Najbardziej podobało mi się że do większości mówiłem na ty.
Żałuję bardzo jednej pielęgniarki która musiała odejść z pracy z powodu choroby, tak bardzo ją lubiłem, urodziny miała tego samego dnia co ja 15 sierpnia, pani Krysia była super.
Prawa autorskie zastrzeżone, kopiowanie , rozpowszechnianie, korzystanie z tekstu jest zabronione bez zgody Mariusza Rokickiego
Cdn.